RSS
 

Bezpieczne przebywanie dzieci na słońcu – czy krem z filtrem wystarczy?

04 lip

Witam!

Tym razem o kremach z filtrem dla dzieci. Lato pełną parą, więc temat jak najbardziej aktualny.

Na początek o opalaniu wogóle. Przychodzi mama do apteki – „Coś do opalania dla dziecka poproszę” A w jakim wieku dziecko – pytam? „2 miesiące” – pada odpowiedź.

Po pierwsze – NIE OPALAMY DZIECI do 3 LAT!!!!!!!!!!!!!!!!!

Dziecko do 3 lat posiada jeszcze nie w pełni wykształconą barierę skórną – skóra dziecka jest 3 razy cieńsza niż dorosłego – jeśli my przez 30 min. na słońcu się nie opalimy to dziecko półtoraroczne bawiące się na słoneczku w piaskownicy może wrócić z poparzeniem słonecznym. Większość kremów z filtrem dla dzieci jest zarejestrowana po 6 miesiącu właśnie z tego powodu, że mniejszych dzieci nie należy wogóle wystawiać na słońce! Niewiele kremów posiada na opakowaniu informację, że mogą być stosowane od pierwszego dnia życia – ale oznacza to tylko tyle, że dziecku można posmarować buzię i nóżki. Przy czym schować je w cieniu.

Tutaj zapodam doskonałe patenty, sprawdzone na moich dzieciach, nie tylko nad polskim morzem ale i tam gdzie słońce praży przez cały rok. Dzięki temu mogą przebywać na słońcu nad wodą bez poparzeń słonecznych. Oczywiście „przebywanie nad wodą” to dla mnie godzinka/dwie/trzy zabawy nad brzegiem morza/jeziora a nie wylegiwanie się na plaży podczas gdy półnagie dzieci baraszkują cały dzień w pełnym słońcu!

1) Smarujemy odkryte części kremem z filtrem 50+, po kąpieli w morzu/jeziorze od razu po wytarciu nakładamy kolejną porcję. Nie zapominamy o uszach i stopach!

2) czapka z daszkiem i ochroną karku lub kapelusik z szerokiem rondem i ZAKAZ ŚCIĄGANIA tegoż kapelusika – jak gorąco można go zmoczyć wodą. Tutaj chodzi mi nie tylko o ochronę karku ale też OCZU – najlepiej do tego dołączyć jeszckoszulka UV100ze okularki z filtrem i ochrona USZU – jeśli wystają – podlegają obowiązkowi smarowania kremem 50+

3) najlepszym wynalazkiem jest koszulka z filtrem – stosuję u obojga od wczesnego niemowlęctwa – ogranicza to ilość smarowanego ciała, dzieci mogą w niej się kąpać i błyskawicznie wysycha! Ja mam z Decathlona, nazywa się to „koszulka UV 100 Tribord” – w maju w przecenie kosztuje ok 10zł! Zatrzymuje co najmniej 95% promieniowania UV, chroni nawet mokra.

4) w godzinach 11-17 schodzimy bezwarunkowo ze słońca w cień. W praktyce wychodzimy zaraz po śniadaniu czyli ok 9 i jesteśmy na plaży do 11-12. Drugi raz wychodzimy po drzemce najmłodszej lub w południe idziemy na spacer (mała śpi w wózku) gdzieś w cieniu.

Sprawdza to się doskonale – dzieci NIGDY nie miały poparzenia słonecznego.

A teraz trochę o kremach z filtrem.

Te dla najmniejszych dzieci do 6 miesiąca mają zazwyczaj TYLKO FILTRY MINERALNE. Jest to najczęściej dwutlenek tytanu lub tlenek cynku. Ten sam tlenek cynku co w kremach na odparzenia. Jego działanie polega na odbijaniu promieniu UV. Stąd kremy te, a nawet mleczka są bardzo gęste i trudno je nałożyć, mało tego – zostawiają białą warstwę. I na tym polega ta ochrona np. Dermedic Sunbrella krem, Mustela spray SPF 50 – stosowanie od pierwszego dnia życia. Ciekawy jest Linomag krem SPF 30 (od pierwszych dni życia ale zbyt niski filtr + parabeny do konserwacji zawartej w nim wit.E).

Czasem producent dodaje także filtry organiczne – wtedy stosowanie kremu jest zwykle powyżej 6 miesiąca. Filtry organiczne pochłaniają promieniowanie UV ich dodatek pozwala obniżyć ilość tych mineralnych a wtedy też łatwiej takie mleczko nałożyć. No właśnie – jeśli mamy do czynienia z mleczkiem to najpewniej stosowanie jest powyżej 6 miesiąca. Tutaj mamy większy wybór np. Iwostin Solecrin50+, Pharmaceris S SPF50, Ziajka, La Roche itp. itd. Są do wyboru kremy, mleczka spraye.

Nie wiem na ile wygodniej ma niby być z produktem w sprayu – po popsikaniu dziecka i tak trzeba to rozprowadzić na skórze więc to dla mnie bez sensu. Odporność na wodę, piach i pot to też niezły chwyt marketingowy. Co z tego, że kosmetyk jest wodoodporny jak po wyjściu z wody wycieramy dziecko ręcznikiem i cały krem i tak schodzi. Bezwzględnie trzeba powtórzyć aplikację.

A no i jeszcze kwestia wysokości ochrony przeciwsłonecznej – jaki filtr wybrać – SPF 15, SPF 30 czy SPF 50? Dla dziecka SPF 50.

W aptece najbardziej wkurza mnie fakt że jak proponuję filtr 50+ dla dorosłej osoby klientka mówi „przecież z takim wysokim filtrem to ja się wogóle nie opalę!” NIC PODOBNEGO! Oczywiście że się opali – ale BEZPIECZNIE i bez zaróżowionej skóry. Nie wiem czy świadomość ludzi jest aż taka niska czy to jeszcze jakieś stare przyzwyczajenia, ale nadal synonimem udanych wakacji jest czekoladowa opalenizna. A jeśli ktoś opali się na czerwono/różowo to oznacza to nic innego tylko uszkodzenie skóry właściwej – opalenizna taka zejdzie wraz z procesem odnowy skóry (czyli po max 28 dniach się złuszczy). Jak słyszę o olejkach do opalania, maśle kakaowym czy opalaniu się na parafinę to mnie ciarki przechodzą – toż to żadnej ochrony nie ma a wręcz nasila przenikanie promieni UV i uszkadza skórę. Może to ja jestem przewrażliwiona przy mojej jasnej karnacji i stadzie pieprzyków ale od kilku lat stosuję kremy TYLKO SPF 50+ i po tygodniu słońca też jestem opalona. Ale bez uszkodzeń skóry ;)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Różne inne

 

Żłobkowy zawrót głowy

02 cze

Postanowione

Tym razem nie będzie farmaceutycznie, tylko zwyczajnie. Po prostu – samo życie.

Przychodzi taki czas, kiedy po urlopie macierzyńskim trzeba wrócić do pracy. Dla jasności ja już dawno wróciłam. Do tej pory miałam nianię – to osobny temat do dyskusji co lepsze niania czy żłobek, najpierw postawiliśmy na nianię.

Teraz stanęliśmy nad wyborem żłobka. I to co oczy moje widziały napisać muszę. No muszę po prostu bo nie dowierzam oczom własnym, nie dowierzam!

Najlepiej plasuje się tu jakikolwiek państwowy żłobek – w moim mieście AŻ 4 takie żłobki – najtańszy i w sumie najlepszy (opieka podobno dobra) – nie składałam podania (mieliśmy nianię przecież, wszystko było cud-miód po co nam żłobek). I to był błąd. Trzeba było złożyć. Teraz to już nic nie mogę zrobić bo podań w środku roku nie przyjmują. To nic, że jako mężatka niepracująca w szkole nie mam szans. Wiecie ile teraz jest samotnych matek? A dzieci nauczycieli??? A no i jeszcze rodziny 3+ też mają pierwszeństwo. „A nie ma Pani 3 dziecka? A to szkoda…” Pani mnie jeszcze spytała czy nie mam przypadkiem grupy inwalidzkiej „albo chociaż orzeczenia o niepełnosprawności, bo wtedy to łatwiej by było… ” Pewnie bym była 65 na liście rezerwowej. No ale bym była, nigdy nie wiadomo, kiedy miejsce nagle się zwolni…

No to szukamy wśród tych prywatnych, z dofinansowaniem z miasta.

Żłobek nr 1

Lokalizacja niezła, sale spore, wokoło drzewa, plac zabaw. Catering dobry, cenowo do przełknięcia. Decydujemy się. Ale ale – umowa do podpisu zawiera takie punkty, że oczy nam na wierzch wychodzą! Za pozostawienie dziecka na dodatkową godzinę bez wcześniejszego zgłoszenia – 40zł!!! Przykład – mam odebrać dziecko planowo do 15, ale mam spotkanie/kontrolę/stoję w korku itp. nie mam możliwości zadzwonić – płacę 40zł za każdą następną godzinę.

Idźmy dalej – za odebranie dziecka bez odbicie karty magnetycznej (na wejście i wyjście) – 40zł za każdą dodatkową godzinę. Przykład nr 2 – coś mi wypadło, nie dam rady dziecka odebrać, odbierze za to babcia. Babcia nie ma karty (no bo mam ją ja w pracy na drugim końcu miasta i mąż). I mimo, że dziecko będzie odebrane o 15 to płacę za to tak, jakby tam siedziało do 18 czyli 40zł za każdą godzinę. Wychodzi ładna sumka 120zł! O co tu chodzi???? A no o to, że żłobek posiada 3 różne wersje godzinowego pobytu dziecka w żłobku. Bierzesz tańszą – dopłacasz za te godziny, spóźnienia – więc zmieniasz na droższą, żeby nie lecieć z językiem na brodzie. Kasa, kasa się liczy. Szkoda że to wszystko dopiero w umowie wyszło bo miła Pani Dyrektor słowem się nie zająknęła że tak to funkcjonuje, nawet o karcie nie wspomniała…

Żłobek nr 2

Konkurencyjny cenowo bo za 9 godzin wychodzi kwota taka jak w poprzednim za 6. Sale takie sobie, śmierdzi pieluchami, widać jakiś plac zabaw za oknami. Na stronie internetowej czytamy, że do 18 czynne. Dla mnie super, bo wreszcie zdążę dojechać z pracy. Na miejscu okazuje się, że do 17. „Ale wie Pani – większość rodziców tak do 16 odbiera dzieci… ” Czyli jednak nie dojadę…  Pani zapomina też nam powiedzieć, że dzieci nie wychodzą na dwór. Spotykamy znajomego – nie uwierzyłam jak to powiedział. Podobno są za małe (2 latki za małe? Do czego za małe? Chodzić nie umieją???). Ale faktycznie opinie rodziców na internecie potwierdzają fakt – dzieciaki z najmłodszej grupy nie wychodzą na dwór! No i jeszcze catering – nazwa firmy cateringowej Jazzgot cafe-rastaurant-pub nie sugeruje dziecięcego jedzenia.

Żłobek nr 3

Czesne 200zł wyższe niż w poprzednich. Że niby metoda Montessori. Opłata za wyżywienie stała – nie zwracają jej nawet jak dziecko jest nieobecne np. przez tydzień. Ciekawe co się z tą kasą dzieje bo inne żłobki mają ten sam catering i jakoś mogą zwrócić pieniądze po wcześniejszym zgłoszeniu, że dziecka nie będzie. Może Pani dyrektor zjada właśnie obiadek Twojego dziecka??? Oliwy do ognia dolewa widok 15 dzieci stłoczonych w sali 4×5 metrów. W tej sali też jedno obok drugiego (przerwa dosłownie 10cm) łóżeczka i w tej samej sali wydzielona jeszcze część do jedzenia. Generalnie dzieci się tam kłębią na dywanie i to w samych bodziakach (okna otwarte na oścież). Komentarz Pani – „bo wie Pani – one już teraz czekają na odbiór przez rodziców”. Aha. Z gołymi nóżkami i bodziakiem z krótkim rękawkiem! Bomba! Jutro pewnie będzie połowa grupy bo reszta zachoruje… Nie wiem czy mam jeszcze wspominać że dzieci te także nie wychodzą na dwór – tylko starszaki, maluchy są bowiem na piętrze i jak zapewnia Pani Dyr. – „są wyprowadzane w wózkach bliźniaczych po 2 dzieci na raz”. Mieszkam obok i odkąd ten żłobek istnieje żadnego wózka bliźniaczego nie widziałam w okolicy! Ściema jakich mało!

Żłobek nr 4

Domek jednorodzinny, z sali zabaw wyjście na ogród z placem zabaw, widać zabawki dostosowane wiekowo. Mała grupa max. 15 dzieci i 2 panie – ot i cały żłobek! Catering z przedszkola. Czynne do 17 – zdążę dojechać, choć mała pewnie będzie sama na sali, standardowo.  Jedyny minus – BRAK MIEJSC! Od listopada jestem nadal na liście rezerwowej…

No i którą bramkę wybrać – nr 1,2 czy 3?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Różne inne

 

Szczepionka MMR a autyzm

25 kwi

Tym razem o związku między szczepionką na MMR a autyzmem, albo też o jego braku…

Ostatnio wiele rodziców niepokoi właśnie to szczepienie, podawane w okolicach 13-15 miesiąca życia dzieck2050-szczeptyzma. Zwykle dzieci do tego czasu rozwijają się zupełnie prawidłowo, a po szczepieniu na MMR następuje tzw. regres rozwoju – dziecko traci zdobyte wczesniej umiejętności, przestaje mówić, chodzić, jest jakby „w swoim świecie” co sugeruje autyzm. Jest wiele takich przypadków – rodzice tych dzieci mówią, że to po szczepieniu, natomiast lekarze uważają to za zbieg okoliczności. Objawy autyzmu są obserwowane właśnie u dzieci w takim wieku, do 2 lat, początkowo zdrowo się rozwijających, stąd wrażenie, że to po szczepieniu.

W przypadku tego schorzenia obserwuje się upośledzenie wydalania toksycznych metabolitów, co powoduje przedłużone pozostawanie rtęci i glinu w organizmie. Więc nawet to powinno sugerować na istniejące zależności między autyzmem a szczepionkami. Taką zależność (między występowaniem zaburzeń jelitowych a objawami autyzmu) zaobserwował słynny dr Wakefield, gastroenterolog. Jego wyniki potwierdzające wystąpieniu autyzmu po szczepionce MMR (odra, świnka, różyczka) zostały opublikowane w 1998r w prestiżowym czasopiśmie „The Lancet”. A w 2004r. po ich przeanalizowaniu i zbadaniu przez szereg lekarzy, profesorów itp. The Lancet wycofał ten artykuł (! precedens). Stwierdzili, że to oszustwo a samemu Wakefieldowi i jego współpracownikowi odebrano prawo wykonywania zawodu lekarza, generalnie jest on zupełnie skończony, ale nadal broni swoich badań (!).

Artykuł opublikowany w The Lancet był opisem serii 12 przypadków; przedstawiono w nim propozycje „nowego zespołu klinicznego”, obejmującego zapalenie jelit i autyzm z regresem rozwoju, który powiązano z MMR jako „wyraźnym czynnikiem wyzwalającym.” Ale w rzeczywistosci:

  • U 3 z 9 dzieci, u których opisano autyzm z regresem rozwoju nigdy nie rozpoznano żadnego rodzaju autyzmu. Tylko w jednym przypadku bez watpienia wystapił autyzm z regresem. – może nie był to autyzm ale dzieci cofnęły się w rozwoju i utraciły kontakt – to chyba poważne a nie nieistotne…
  • Chociaż w artykule podano, ze wszystkie 12 dzieci „wcześniej rozwijało się prawidłowo”, u 5 udokumentowano wcześniejsze nieprawidłowości rozwojowe – ale mimo to je zaszczepili, a poza tym pozostałe 7 było całkowicie zdrowe przed szczepieniem a po już nie?
  • U niektórych dzieci opisano wystąpienie pierwszych zaburzeń zachowania kilka dni po szczepieniu MMR, ale w dokumentacji medycznej odnotowano je dopiero kilka miesięcy po szczepieniu.
  • W 9 przypadkach niewzbudzające podejrzeń wyniki badań histologicznych wycinków okrężnicy – prawidlowy obraz albo minimalne zmiany w zakresie liczby komórek zapalnych – zostały zmienione podczas „ponownej analizy” badania przez uczelnie medyczna na „nieswoiste zapalenie jelita grubego” – wyniki zależą od laboratorium?
  • Podano, że rodzice ośmiorga dzieci obwiniali szczepionkę MMR, podczas gdy w szpitalu takie zarzuty sformułowało 11 rodzin. Pominięcie podejrzeń 3 z nich – wszyscy podawali, że problemy zdrowotne wystapiły dopiero kilka miesięcy po MMR – pomogło w stworzeniu wrażenia związku czasowego w okresie obejmującym 14 dni. Czy zaburzenia wystąpiły 14 dni czy 2 miesiące PO szczepieniu dla mnie nie ma znaczenia, istotne, że WYSTĄPIŁY!!!
  • Pacjenci byli rekrutowani dzięki pomocy działaczy organizacji przeciwników MMR, a badanie było zamówione i finansowane w celu przygotowania pozwu sądowego. No tak – to sugeruje wynik

Tak czy inaczej moje wnioski są 2:

1) Wakefield zrobił badanie wybierając dzieciaki których historia i wyniki choroby najbardziej mu pasują do założonego celu (stwierdzenia, że MMR spowodowała autyzm) i pewnie dostał z tego niezłą kasę.

2) ale fakty są i takie, że te zdrowe wcześniej dzieciaki (7/12 czyli ponad połowa!) po MMR (no niech będzie że kilka miesięcy po) już nie były takie zdrowe. Czy to tylko przypadek? Gdyby to było 1/12 albo 2/12… ale 7??? Może jednak jest coś na rzeczy? Poza tym te, które już jakieś zaburzenia miały – po MMR miały je bardziej nasilone. To też niedobrze.

To mnie popchnęło do dalszych poszukiwań jak to z tym związkiem sczepienia na MMR a autyzmem jest.

Odnośniki:

http://pediatria.mp.pl/szczepieniaochronne/show.html?id=59132

http://www.mp.pl/pediatria/artykuly-wytyczne/artykuly-przegladowe/show.html?id=58021

https://autyzmaszczepienia.wordpress.com/gdzie-ten-dowod/mmr-a-autyzm/

Oczywiście większość lekarzy przyjmuje stanowisko, że to niemożliwe, aby szczepionka na MMR w jakikolwiek sposób zwiększała ryzyko powstania autyzmu. Nie dotarłam do żadnych wiarygodnych badań, które by potwierdzały związek autyzmu z tą konkretnie szczepionką.

Ale niestety jest coraz więcej przypadków rodziców, którzy udowodnili przed sądem, że autyzm u ich dziecka wystąpił właśnie po tym szczepieniu! Rodzice ci dostali spore odszkodowania od państwa.

patrz tutaj:

- http://www.stopnop.pl/aktualnosci1/163-usa-odszkodowanie-autyzm

- http://stopnop.pl/aktualnosci1/131-wlochy-wygrane-odszkodowanie-za-autyzm-poszczepienny

Według wytycznych WHO na temat niepożądanych odczynów poszczepiennych wirus odry w szczepionce monowalentnej wymieniany jest obok szczepionki trójwalentnej MMR  jako możliwa przyczyna poszczepiennego uszkodzenie mózgu, którego kryteria rozpoznania to:

wystapienie w ciągu 6 – 12 dni po szczepieniu MMR lub monowalentną szczepionką przeciw odrze dwóch z następujących kryteriów:

  1. Drgawki
  2. Wyraźna zmiana zachowania dziecka utrzymująca się dzień lub dłużej.
  3. Wyraźne zaburzenia stanu świadomości trwające dzień lub dłużej – co oznacza:
  • Zmniejszenie lub zanik reakcji na środowisko (jeśli reaguje, to tylko na podniesiony głos lub bolesne stymulacje);
  • Zmniejszenie lub zanik kontaktu wzrokowego (nie utrzymuje wzroku skupionego na członkach rodziny lub innych ludziach); lub
  • Niespójność lub zanik odpowiedzi na zewnętrzne stymulacje (nie rozpoznaje poznanych już ludzi czy rzeczy).

Ponadto encefalopatii mogą towarzyszyć drgawki, zaburzenia snu, krzyk mózgowy, nieutulony płacz.

Owe zapalenie mózgu może być właśnie przyczyną objawów zaliczanych do „spektrum autyzmu”. Czyż to co powyżej to mało?

Na czym polega problem, żeby udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że MMR powoduje lub nie powoduje autyzmu?

Objawy autyzmu u większości autystycznych dzieci występowały w związku czasowym po szczepieniu MMR, ale sama diagnoza została postawiona dużo, dużo później – i to już za późno, żeby powiązać to z MMR (bo opisy regresji rozwoju które widzieli rodzice są niewystarczające przecież).

Co gorsza – każdy przypadek „autyzmu po MMR” powinien być odrębnie analizowany – jak widać w innych krajach nieustępliwi rodzice potrafili przed sądem udowodnić, że ich dziecko po szczepieniu ewidentnie się zmieniło i cierpi na autyzm. Sami badacze  (https://autyzmaszczepienia.wordpress.com/gdzie-ten-dowod/mmr-a-autyzm/madsen-dania-2002/) nawet sugerowali, że to że oni w dużym badaniu populacyjnym nie zaobserwowali związku między MMR a autyzmem nie oznacza wcale, że tego związku nie ma lub sugerowali, że mogą istnieć dzieci bardziej podatne na uszkodzenie mózgu po tym szczepieniu.

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że to my – rodzice musimy podjąć decyzję szczepić, czy nie szczepić. Ja nadal biję się z myślami, czy wogóle i jak tak to kiedy podać podstawowe szczepienia, więc na razie MMR ryzykowała nie będę ;)

 

Astma u dziecka – jak z tym żyć

18 kwi

Witam!

Kiedy mój syn miał 3 lata trafiliśmy zupełnie przypadkiem do lekarza pulmonologa. Mieliśmy wykonać tylko prześwietlenie płuc ale po osłuchaniu dziecka okazało się, że ma świsty w oskrzelach – natychmiast na miejscu dostał inhalację. I pomału zaczęliśmy oswajać się z podejrzeniem astmy. Na początku był strach – jak on będzie z tym żył. Codzienne inhalacje, ograniczenia w uprawianiu sportu, wogóle w funkcjonowaniu. Ale teraz po 2 latach już wiem, że to nie jest takie straszne. Tylko raz musieliśmy pilnie jechać na pogotowie, bo dziecko się dusiło. Po tym incydencie zmieniłam pediatrę (która tego samego dnia go badała i stwierdziła, że nic mu nie jest). Rozpoznanie astmy u małego dziecka jest bardzo trudne. Dlatego opiszę jakie były u nas objawy na początku – zupełnie lekceważone przez lekarzy (chodziliśmy do kilku różnych pediatrów i nikt nigdy nawet nie zasugerował, że to może być astma).

Co powinno zaniepokoić:

- kaszel – suchy kaszel, czasem „szczekający”, dziecko kaszle co chwilę (np. co 30 sekund) tak jakby coś mu siedziało na krtani, płytko oddycha, może być osowiałe, jakby zmęczone – tego po moim dziecku zwykle nie widać. Tylko raz był osowiały – skończyło się na pogotowiu. Kaszel nie trwa cały dzień tylko pojawia się najczęściej w nocy – gdzieś tak o drugiej-trzeciej (dokładnie wtedy, kiedy najlepiej się śpi… ;) albo nad ranem (ta pora też jest niezła – wstajesz, dajesz inhalację, kładziesz się na 15 min. i dzwoni budzik do pracy…)

- dziecko szybko się męczy – nie lubi biegać, jeździć na rowerze i inne wysiłkowe rzeczy – tu uwaga – syn biega jak inni, ale nie lubi np. się ścigać, po szaleństwach na dworze czasem kaszle (czyli mamy skurcz oskrzeli)

- kaszel po nagłej zmianie temperatury – np. przy wejściu z zimnego dworu do ciepłego mieszkania, czasem wyzwala go też zimne powietrze

- jeśli jest astma alergiczna kaszel może pojawić się np. po kontakcie z kotem czy innym futrzakiem, albo po odkurzaniu dywanu zwykłym odkurzaczem (konieczny filtr HEPA)

Niestety ten kaszel może być mylony ze zwykłym przeziębieniem. Poprzednia pediatra kazała nam dawać syropy na kaszel – coraz to inne, w końcu inna pediatra rozpoznała zapalenie oskrzeli – kolejno 2 antybiotyki… Prywatnie chodziliśmy do specjalisty neonatologa – leczyła homeopatią też bez efektu…  Na szczęście trafiliśmy w końcu na dobrego pulmonologa. Jak wygląda rozpoznanie astmy u małego dziecka? U dorosłego podstawą jest spirometria. Dziecko jest za małe na to badanie. Astmę można stwierdzić podając dziecku sterydy jeśli po okresie odstawienia ich nadal ma napady duszności. U nas ostatnie odstawienie sterydów skończyło się takim napadem, więc póki co musimy je stosować dalej.

Astma w praktyce. Jak to wygląda? IMG_20150418_204755

Mały dostaje inhalacje 2x dziennie przez tubę. Wcześniej tuba obejmowała też nos, teraz ma tylko ustnik. Nie jest to skomplikowane, dziecko już prawie samo potrafi wykonać inhalację. Dodatkowo w razie duszności podajemy drugi aerozol, też przez tubę – taki rozszerzający oskrzela. Problem jest jeszcze taki, że dziecko samo nie wie kiedy to zrobić – nie potrafi powiedzieć, że ciężko mu oddychać.

Mamy od niedawna jeszcze takie urządzonko jak Peak Flow Meter. IMG_20150418_204706Najpierw określiliśmy maksymalną pojemność płuc dziecka (max. wydech). Pomaga nam to określić, czy objętość płuc jest zmniejszona (mniej powietrza dziecko wydycha co widać na aparacie). A wtedy trzeba dać dodatkową inhalację rozszerzającą oskrzela.

Co jest najgorsze dla mnie jako rodzica dziecka z astmą? Strach, że w razie duszności w przedszkolu nikt tego nie zauważy. A druga rzecz to fakt, że jest bardziej podatny na wszelkie infekcje. Dla jego kolegów kończą się one 3 dniowym pobytem w domu z przeziębieniem a u nas zapaleniem oskrzeli i tygodniem w domu. Potem wraca do przedszkola i bywa tak, że jest tam 3 dni i łapie kolejną infekcję.  Wiadomo, że taka sytuacja nie jest zbyt komfortowa w naszej pracy, całe szczęście, że mamy babcię i nianię…

Dziecko z astmą w przedszkolu i szkole?

Podejrzewam, że jeśli napisałabym na podaniu o przyjęcie dziecka do przedszkola publicznego, że ma astmę, na bank byśmy się nie dostali. Została ona stwierdzona już we wrześniu po przyjęciu, więc… W przedszkolu (publicznym) nie ma pielęgniarki i nie wolno dzieciom podawać ŻADNYCH leków. Jeśli syn zacznie kaszleć to panie zwykle myślą, że pewnie jest przeziębiony. W razie duszności mają dzwonić po rodziców i wtedy ja lub mąż mamy przyjechać z pracy z inhalatorem (!!!)… Albo dzwonić na pogotowie. Paranoja…. Efekt jest taki, że jeśli dziecko choć trochę kaszle rano to albo zostaje w domu, albo dostaje od razu aerozol rozszerzający oskrzela i jeśli kaszel ustąpi (zwykle jak ręką odjął) idzie do przedszkola. Aerozol ten (Ventolin) działa do 6 godz. więc na czas pobytu w przedszkolu jest zabezpieczony. Ale rzecz jasna nie tak to powinno wyglądać bo nie można stosować tak często Ventolinu… Może w innych przedszkolach jest inaczej, no ale my mamy właśnie takie.

Ostatnio mieliśmy też okazję rozmawiać z dyrektorem przyszłej szkoły syna i tam jest taki plus, że jest pielęgniarka. Ale znów dziecko jest w klasie i nie wiadomo czy nauczyciel (potem inni nauczyciele przedmiotowi) będą w stanie rozpoznać objawy duszności i odróżnić je od przeziębienia. A jeśli rozpoznają – to muszą jeszcze iść do tej pielęgniarki (inne skrzydło budynku) u której będzie aerozol z tubą. Najchętniej schowałabym mu ten aerozol do szafki, ale nie wiem, czy cała klasa by się przypadkiem nie inhalowała :) I tak źle i tak niedobrze… Zanim pójdzie do szkoły będziemy musieli jakoś rozwiązać ten problem.

Czy jedynym leczeniem jest stosowanie sterydów?

Niestety u nas tak – w najmniejszej dawce, która zabezpiecza dziecko przed występowaniem duszności. Im rzadziej stosujemy dodatkowy aerozol rozszerzający oskrzela – tym lepiej kontrolowana astma. Jest takie badanie które określa czy w oskrzelach jest stan zapalny. FENO – badanie tlenku azotu w powietrzu wydychanym. Można je wykonywać bez względu na wiek, polega tylko na spokojnym, jednostajnym dmuchaniu w rurkę. Pokazuje, czy astma jest dobrze kontrolowana, czy dawki sterydów są wystarczające. NFZ go oczywiście nie refunduje, bo przecież po co…

U nas dochodzi jeszcze alergia – usiłujemy ją namierzyć od 2 lat, w testach nic nie wychodzi, a ewidentnie widać, że wiosną, pod koniec lata i późną jesienią pyli „coś” i mamy mimo stosowania sterydów ataki kichania, kaszlu, zmiany na rogówce oka – takie atrakcje. Pomagają dodatkowe leki przeciwalergiczne. Teraz chodzimy do nowego alergologa – może uda nam się wreszcie to „coś” bardziej namierzyć…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Różne inne

 

Odrobaczanie co rok – daleko idąca profilaktyka?

11 kwi

Witam!

Ostatnio miałam okazję przeczytać dyskusję na pewnym forum odnośnie odrobaczania dzieci. Okazuje się, że wielu rodziców podaje swoim dzieciom leki (na receptę – Pyrantelum, Zentel, Vermox) sezonowo – najczęściej po lecie. No bo wiadomo – piaskownica, brudne rączki do buzi i można nabawić się co najmniej owsików. Ale żeby te preparaty podawać profilaktycznie??? Tzn. bez ŻADNYCH objawów u dziecka sugerujących jakieś zarażenie??? No to już gruba przesada! Jestem absolutnie przeciwko i tym postem postaram się wyjaśnić dlaczego. Co ciekawe – są to leki na receptę i raczej ciężko je zdobyć bez (nie wydajemy takich specyfików bez recepty, no ale wiadomo że są wyjątki). Jeśli pediatra wypisze receptę za namową rodzica nie mam nic do gadania – muszę wydać.

Zastanawia mnie skąd takie przeświadczenie, że odrobaczać się powinno dzieci przynajmniej raz do roku?

To nie psy ani koty, które „profilaktycznie” należy odrobaczyć – zresztą nawet u zwierząt przeprowadza się najpierw badanie kału w kierunku pasożytów.

Czy leki przeciwrobacze wogóle są bezpieczne, czy można je stosować tak sobie, raz, dwa razy w roku? Czy jest sens robić badanie kału, skoro i tak może wyjść fałszywie ujemne?

1) Bezpieczeństwo i działania niepożądane – mechanizm działania tych leków polega zwykle na porażeniu układu nerwowego robali co prowadzi do ich wydalenia z organizmu. Niestety martwe robaki uwalniają duże ilości toksyn, które zostały nagromadzone w ich tkankach – stąd mogą wystąpić działania niepożądane takie jak: nudności, wymioty, bóle głowy, wysypka, reakcje alergiczne wymagające stosowania sterydów, nawet reakcje z układu nerwowego (np. drgawki u małych dzieci – stąd stosuje się tylko powyżej 2 lat). Tym silniejsze im więcej pasożytów było w organizmie. Zaznaczyć należy, że działania niepożądane opisywane w ulotce (wszystkie rzadkie czyli 1:1000 do 1:10 000 przypadków) dotyczą samej substancji leczniczej. Ponieważ bada się to na ZDROWYCH ludziach a nie na ludziach którzy mają pasożyty! Czyli może wystąpić i rzadkie działanie z ulotki (dajmy na to biegunka) + reakcja alergiczna na uwolnione toksyny.

Co w przypadku kiedy robali jednak nie mamy? Stosując profilaktycznie narażamy dziecko na działania niepożądane (te z ulotki).

2) Stosowanie bez badania kału – skoro nie wiemy jakiego robala mamy to skąd wiedzieć jak zastosować lek??? Przy owsikach stosuje się 1 tabletkę i powtórka po 14 dniach, ale już przy tasiemcu czy gliście ludzkiej stosuje się przez 3 kolejne dni!

3) Czy jest sens robić badanie kału – no nie oszukujmy się – badanie kału powinno być zrobione przed ale i PO kuracji (aby sprawdzić, czy zadziałała). Niestety wykrywalność robaków jest bardzo niska, ponieważ trzeba trafić na odpowiednią fazę cyklu rozwojowego, kiedy to robaki (owsiki, człony tasiemca) lub ich jaja (glista ludzka, tasiemiec) są obecne w kale. Podobno najłatwiej o to w czasie pełni księżyca (hehe ;) Druga rzecz to dobre laboratorium – jaja szybko ulegają rozpadowi w niekorzystnym środowisku, więc jeśli są trzymane w laboratorium w lodówce i zbadane po kilku dniach… No to – wiadomo, że nic nie wyjdzie… Najlepiej zrobić badanie kału z 3 różnych próbek (z różnych dni) – będzie bardziej wiarygodne.

 Objawem zarażenia pasożytami mogą być:

- nadpobudliwość u dziecka

- kaszel, zwłaszcza w nocy

- zgrzytanie zębami – też w nocy

- duża ochota na słodycze – to cukier robaki lubią najbardziej ;)

- bóle brzucha, biegunki, wymioty (zwłaszcza powtarzające się w odstępach czasu)

- blada cera i „worki” pod oczami

- w przypadku owsików – swędzenie w wiadomym miejscu i to najbardziej dokuczliwe po położeniu się do łóżka – wtedy owsiki wychodzą w poszukiwaniu … eee… kolejnego żywiciela? albo na małe owsikowe bara-bara? W każdym razie wyłażą i wtedy można samemu sprawdzić, świecąc latarką – można je zobaczyć gołym okiem.

Jeśli są faktycznie któreś z powyższych objawów (kilka z nich) to wtedy należałoby zrobić to badanie kału.

Czy można coś podać jak nic w badaniu nie wyjdzie a objawy są – to już waszego lekarza decyzja. Można jeszcze spróbować specyfików ziołowych np.  ParaFarm. To takie ziołowe krople o działaniu przeciwrobaczym i oczyszczającym. Stosuje się codziennie 2x 15 kropli (dzieci) pół godz. przed posiłkiem. Kuracja powinna trwać 7dni, można ją powtórzyć po 3 miesiącach.

Czy to jest skuteczne? Stosowałam u syna ale mieliśmy tylko podejrzenie glistnicy.  Podejrzane objawy (wymioty i bóle brzucha co 2 tygodnie) ustąpiły, ale nie wiem czy była to glistnica czy infekcja (3x pod rząd?). W każdym razie na pewno nie dałabym mu leków na receptę „profilaktycznie”.

Ciekawe swoją drogą co niektórzy rodzice podają jeszcze swoim dzieciom w ramach tak szeroko pojętej profilaktyki…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Różne inne

 

Alergia u dziecka – testy alergiczne

05 kwi

Witam!

Miałam ostatnio okazję poddać dziecko testom alergicznym, więc sporo się na temat alergii dowiedziałam. Okazuje się, że są 2 rodzaje reakcji alergicznej – oczywiście obie mam zaliczone. A jak. U obojga dzieci miałam do czynienia z uczuleniem na mleko. Z tym, że u syna objawy (wysypka, AZS, śluz w kupce, nawet ślady krwi, kolki) występowały od razu – i to jak się okazuje była reakcja IgE zależna. To się dowiedziałam po fakcie. U córki natomiast po wypiciu mleka (nakarmieniu piersią jeśli ja piłam wcześniej mleko) wysypka na buzi pojawiała się następnego dnia, nasilała się jeśli nadal nie trzymałam diety bezmlecznej. I to była tzw. reakcja typu późnego – IgE-niezależna.

Ma to znaczenie właśnie jeśli chodzi o diagnostykę. A konkretnie – dziecko uczulone na mleko krowie powinno być na mleku modyfikowanym takim specjalnym na receptę, dla dzieci z alergią. I tu pediatra lub alergolog może chcieć uzyskać potwierdzenie w postaci testu alergicznego. Oczywiście testy alergiczne dotyczą też innego rodzaju alergii – w tym wziewnej np. na roztocza kurzu, pyłki, kocią/psią sierść itp.

Reakcje IgE zależne można zbadać na 2 sposoby:

1) pobranie krwi i oznaczenie w niej przeciwciał na konkretne alergeny. Przerabiałam to już u obojga dzieci. Czeka się na te wyniki trochę. Przed badaniem trzeba odstawić koniecznie leki przeciwalergiczne, natomiast co ciekawe nie należy unikać kontaktu z potencjalnym badanym alergenem. My żłopaliśmy mleko w przeświadczeniu, że na bank nam wyjdą przeciwciała IgE na mleko. A tu niespodzianka! Większa alergia wyszła na marchewkę i kota niż na mleko. Na wynikach zaznaczony jest też poziom tych przeciwciał – alergia na marchewkę u nas była na poziomie raczej nie powodującym objawów klinicznych. Natomiast kot teoretycznie – mógł je powodować. Ale tu też trzeba spojrzeć na objawy – jeśli dziecko nie kaszle, nie kicha, nie ma problemów z oddychaniem, nie ma wysypki po kontakcie z kotem – znaczy się nie ma objawów alergii. Zwierzaka nie trzeba wyrzucać z domu ;) Może być i tak, że testy wychodzą ujemnie – a ewidentnie widać, że dziecko jest na coś uczulone – tak mam u syna – pod koniec lata pyli „coś” co pogarsza nam kontrolę astmy a w testach nic takiego nie wyszło.

2) testy punktowe – polegają na naniesieniu kropelki alergenu (zwykle nakłada się kilkanaście różnych alergenów) na przedramiona, po czym takim specjalnym narzędziem nakłuwana jest skóra (to nie boli, naprawdę) i czekamy z dzieckiem ok 20 min. na reakcję alergiczną. Jak jest pęcherz i zaczerwienienie większe niż próba kontrolna – znaczy jest alergia. Oczywiście tu też może się zdarzyć, że nie wyjdzie nic a objawy alergii jednak są. Ale z kolei w drugą stronę już nie ma zmyły – jak wyjdzie alergia np. na jajko to na bank jest to alergia na jajko a nie zafałszowanie. Robi się te testy od ok. 3-4 lat życia dziecka. Podobno wcześniej to nie ma sensu bo dziecko jest za małe i może wyjść fałszywie ujemnie. My robiliśmy to już u syna ze 3 razy – od 3,5 lat, ostatnie w tym roku i nadal są niewiarygodne. To znaczy niby na nic nie jest uczulony – a objawy alergii są widoczne pod koniec lata i co roku jesienią mamy zapalenie oskrzeli. Obstawiamy jakieś grzybki i trawy, ale zbyt mały odczyn wyszedł, żeby to potwierdzić. Mamy je powtórzyć ale dopiero za… 2 lata! Do tego czasu nie rezygnujemy ze sterydów. Zobaczymy co powie nowo odkryty alergolog, do którego na konsultację jedziemy.

Reakcje IgE-niezależne zbadamy stosując tzw. testy płatkowIMG_20150324_173100e.

Polega to na nałożeniu na skórę (bez żadnego kłucia!) próbek alergenu i czekaniu na reakcję alergiczną 24-48godzin. W praktyce wygląda to tak, że nakleja się na plecy dziecka wielki plaster z alergenami, czeka te 48 godzin (bez kąpania) i odczytuje wynik. Bąbel i zaczerwienienie = reakcja alergiczna. My mieliśmy z małą badane różne rodzaje mleka (super sprawa). Jeden plaster przyklejony na pół godziny na udo (to miało zbadać czy jest alergia IgE zależna – patrz wyżej). Drugi plaster na drugie udo pozostawiony na 24 godz. Po odklejeniu – nic. Po przyjeździe do domu, wieczorem – pojawiły się czerwone plamki. I to była właśnie reakcja typu późnego. Późniejszego niż myśleliśmy… ;) Co ciekawe – uczuliły ją wszystkie rodzaje mleka na receptę, a po zwykłej kaszce mleczno-ryżowej nic jej nie jest. Lekarz (dr nauk medycznych, specjalista alergolog i konsultant krajowy ds. alergologii) nie potrafił tego za bardzo wyjaśnić. To nam się córa trafiła…. ;) Na razie mamy dawać zwykłe mleko modyfikowane i zobaczymy co będzie…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Różne inne

 

Krople na kolkę – które najlepsze?

28 mar

Witam!

Dziś obiecany temat porównania kropelek na kolkę zawierających simeticon lub dimeticon. Dimeticon to polimer silikonu. Simetikon to dimeticon z domieszką dwutlenku krzemu. Ich działanie polega na rozbijaniu i usuwaniu pęcherzyków powietrza gromadzących się w przewodzie pokarmowym, zmniejsza napięcie rozdętego gazami żołądka. Jakie są inne sposoby na kolkę pisałam już wcześniej.

Krople obecne na polskim rynku zawierają Dimeticon 0 i jest to Esputicone albo simetikon – tutaj mamy kilka preparatów. Mają różne stężenia – zawartości tej osmotycznie czynnej substancji – simetikonu. I tak najsilniejsze są:

- Bobotic Forte – 135mg/ml

- Espumisan 100 – 100mg/ml

- Infacol – 40mg/ml

- Espumisan (zwykły) – 40mg/ml

Sab simplex - cudowne niemieckie kropelki, w Polsce niedostępne – wielu rodziców je chwali i podobno naprawdę działają. Zanim je kupicie (w Polsce jedynie przez internet) zastanówcie się czy na pewno chcecie zawierzyć nieznanemu sprzedawcy. Jaką macie gwarancję, że w środku jest to co trzeba i że były te krople przechowywane tak jak trzeba? Może macie tak jak ja blisko do granicy, albo jesteście tak zdesperowani, że pojedziecie do Niemiec. Nie dziwię się – w obliczu nieustającego płaczu własnego dziecka też byłam o włos od wysłania męża za granicę. Mam blisko na szczęście ;) Ale co mają w składzie, że są takie cudowne? I czy naprawdę warto??? Skład – Simetikon ;)

Różnica polega na stężeniu – w 1ml mamy 25 kropli i zawarte jest w tym 69,19mg simeticonu. Wychodzi na to, że nasz polski Espumisan 100 oraz Bobotic Forte jest… MOCNIEJSZY ????? Tak!sabsimplex-krople

Sab simplex-u należy podać 15 kropli (0,6ml) do każdego posiłku. A więc jednorazowo podajemy dawkę 41mg simeticonu.

Dawkowaniu Boboticu Forte to 3 krople do posiłku czyli… 20mg simeticonu!

W dodatku Sab simplex można podawać do każdego posiłku (czyli u dziecka miesięcznego co 3 godziny mniej więcej więc na dobę może wyjdzie z 7-8 razy, zależy czy w nocy będzie jadło i ile razy) a Bobotic Forte zalecają 6x dziennie…

Czy już rozumiecie na czym polega cudowne działanie Sab Simplex?

Po prostu podaje się go WIĘCEJ !

Teraz podpowiem coś co nie jest napisane w żadnej ulotce – simeticon to substancja która NIE WCHŁANIA się do organizmu dziecka – działa powierzchniowo czynnie i jest wydalana z kałem w postaci niezmienionej. Co się stanie jak podamy go więcej? Nie są znane przypadki przedawkowania! Ja stosowałam właśnie Bobotic Forte – ale w dawce odpowiadającej Sab simplex – czyli 6 kropli do każdego karmienia. Było zdecydowanie lepiej niż przy stosowaniu zgodnie z ulotką tylko tych 3 kropli!

Ot i cała tajemnica wokół tajemniczego zagranicznego cudownego specyfiku została rozwiana! ;)

 

 

Kolka u maluszka – jak przetrwać

21 mar

Witam!

Problem kolki mam niestety obcykany. Wiem co to znaczy jak dziecko płacze, wręcz krzyczy wniebogłosy, robi się całe czerwne na buzi, podkurcza nóżki (to jest charakterystyczne) a my załamujemy ręce bo wydaje się że nic nie jest w stanie mu pomóc. baby-408262_1280Najgorsza jest właśnie ta bezsilność… Bo wiemy i czujemy że nasze dziecko cierpi a atak kolki potrafi trwać pół godziny albo dłużej… Przy pierwszym dziecku myślałam że nie może być gorzej, ale przy drugim dziecku jako niepożądany odczyn poszczepienny kolka się nasiliła i trwała codziennie po 1,5 do nawet 2 godzin po czym dziecko wycieńczone zasypiało… Na pocieszenie – daliśmy radę a trwało to miesiąc (po szczepieniu, wcześniej też ale nie aż takie nasilenie) dzień w dzień i to po prawie KAŻDYM dłuższym karmieniu ;)

Jakie są przyczyny kolki? Nie wiadomo. Mogą być różne a nawet nakładać się na siebie:

- niedojrzałość układu pokarmowego i nerwowego – to dlatego mówi się że kolki same przechodzą około 3 miesiąca – wtedy te układy dojrzewają, sprawniejsza jest motoryka przewodu pokarmowego i jego funkcje wydzielnicze

- zbyt łapczywe ssanie przez co maluch połyka za dużo powietrza – pomóc może zmiana techniki karmienia piersią, jeśli karmimy MM to są specjalne butelki np. Dr.Brown (podobno rewelacyjna!)

- błędy dietetyczne karmiącej mamy – jadłaś grochówkę  – dziecko za tym nie przepada ;) Może reagować kolką na zbyt ciężkostrawne pokarmy

- alergia na mleko u dziecka – tu grubsza sprawa bo oprócz kolki może pojawić się w kupce śluz a nawet pasemka krwi a na skórze atopowe zapalenie i wysypka. Sprawa wymaga co najmniej diagnozy lekarskiej, może okazać się konieczna dieta bezmleczna karmiącej mamy lub mieszanka mlekozastępcza na receptę dla dziecka karmionego sztucznie.

- nietolerancja mleka – to nie to samo co alergia – to nietolerancja najczęściej laktozy obecnej w mleku mamy – pomagają kropelki z enzymem laktazą np. Delicol

Co jeszcze możemy zrobić zanim sięgniemy po leki z apteki?

- MASAŻ – to działa ale pod warunkiem że jest dobrze wykonany  – zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara  wokół pępka – a właściwie zgodnie z kierunkiem przesuwania się pokarmu – najlepiej masować kierując się w stronę dołu brzuszka. Jeśli przy tym słychać wydostające się gazy – to dobrze. Można co jakiś czas przygiąć nóżki dziecka do brzuszka. Co ważne – masaż wykonujemy po jedzeniu (tak żeby dziecko nie ulało, czyli jakiś czas po) ale ZANIM wystąpi kolka. W trakcie kolki to już na nic się nie zda bo dziecko tak będzie prężyło mięśnie brzucha że masaż nie ma sensu…

- ciepła pielucha na brzuszek – jak najbardziej może pomóc – ciepło działa rozkurczająco

- układanie dziecka na brzuszku – to naturalne zapobieganie kolce, brzuszek lepiej pracuje w tej pozycji. Podczas ataku kolki nam pomagała zmiana pozycji – położenie dziecka na nogę rodzica (oparcie brzuszkiem o udo) i masowanie plecków. Słychać było wydostające się gazy

- przytulanie – ciepło ciała rodzica działa rozkurczająco a bliskość pomaga – wiadomo. My nosiliśmy, masowaliśmy plecki (dziecko było przytulone mocno tak, żeby masując plecki brzuch też był masowany) i tuliliśmy na zmianę z mężem – kiedy ja już miałam dosyć dziecko przejmował mąż… Ogólnie masakra ;)

- herbatka koperkowa – wypita przez mamę – koper działa rozkurczająco i wiatropędnie więc powinien pomóc dziecku. Piszę powinien bo o ile działanie rozkurczające na pewno jest pożądane to zwiększenie wydzielania gazów już może niekoniecznie. Trzeba spróbować jak to działa na dziecko bo może się okazać że więcej gazów = większy problem = większy płacz!

Co można podać DZIECKU na kolkę:

- herbatkę koperkową – najpierw warto żeby wypiła ją mama karmiąca piersią – żeby ocenić czy nie nasili to dolegliwości. Dziecku podajemy herbatkę rozpuszczalną HIPP, Bobovita czy Humana albo zwykły do zaparzania Koper Fix Herbapolu albo z serii Mio Bio Herbatka „Mały Brzuszek”. Są też saszetki Plantex Duo – ekstrakt suszony z kopru do rozpuszczania w saszetkach oraz Gripe Water – woda koperkowa zawierająca olejek z kopru. U nas niestety to się nie sprawdziło bo nasiliło kolkę…

- Simeticon/Dimethicone – to substancja rozbijająca pęcherzyki powietrza w jelitach. Są różne preparaty w różnych dawkach – porównam je w osobnym poście. Mam tu na myśli krople takie jak Espumisan, Bobotic, niemiecki Sab simplex itp. Podaje się je albo 3 razy dziennie albo po każdym jedzeniu – zależy od preparatu. Sprawdziły się tak średnio – trochę ulga była. Ale ja używałam dawki znacznie większej niż w ulotce porównanej do Sab simplex i wtedy był jakiś efekt. Przy zalecanym stosowaniu – nic, pewnie te 3 krople zostały w buzi. Są to substancje obojętne, które nie wchłaniają się w przewodzie pokarmowym stąd można stosować już od 28 dnia życia (Bobotic) – my niecierpliwie wyczekiwaliśmy tego momentu bo kolka pojawiła się wcześniej…

windi

zdjęcie ze strony www.doz.pl

- kateter rektalny Windii - chwała temu kto to wymyślił!!! To nam naprawdę pomogło i żałuję, że nie było tego wcześniej jak syn miał kolki. Są to specjalne rureczki, które wkłada się (naoliwione) w odbyt u dziecka podkurczając mu nóżki do góry. Brzmi to strasznie – wiem. Też się tego bałam. Ale one są lekko gumowe, po włożeniu OD RAZU wydostaje się przez tą rurkę zalegające powietrze! Jest to głośno słyszalny odgłos. Dziecko momentalnie się uspokajało i zasypiało! Razem z powietrzem oczywiście jest też kupka – warto się na to przygotować bo może być też strzelająca! ;) Jedyny minus jaki zauważyłam – przy stosowaniu kilka razy dziennie doszło do tego, że dziecko miało problem żeby się samo wypróżnić. Może to się zbiegło też z tym powikłaniem po szczepieniu bo w kupce było sporo śluzu. Ograniczyliśmy stosowanie do max. 1x dzień i powoli sytuacja wróciła do normy. Aha – mimo że rureczki są jednorazowego użytku my stosowaliśmy jedną kilka razy po dokładnym umyciu i wyparzeniu.

Na pocieszenie powiem, że trzeba to po prostu przetrzymać – kolki same w końcu przejdą jak dojrzeje układ pokarmowy i nerwowy dziecka. Pozostaje mi tylko życzyć cierpliwości… ;)

 

Sposoby na niejadka

14 mar

Witam!

Jakże często mamy twierdzą, że ich dziecko jest niejadkiem! Czasem na szczęście to tylko pozory, bo:baby-84686_640

- dziecko je tyle ile potrzebuje i ma prawidłową wagę w stosunku do wzrostu (idzie „swoim torem” na siatce centylowej czyli trzyma się np. 50 centyla). Może być chude i mieć prawidłowe BMI. Mój syn ciągnie cały czas na 25 centylu wagi, a wzrostem jest w 75 – taki wysoki a chudy ;) Jako mniejsze dziecko waga była na poziomie 25 centyla a wzrost 95…. Bardzo nas to niepokoiło (lekarzy niekoniecznie) i oczywiście też twierdziliśmy że jest niejadkiem.

- nie mamy świadomości ile tak naprawdę dziecko zjadło w ciągu dnia – polecam zapisać na kartce co i ile zjadło a okaże się, że tego jest całkiem sporo. Żołądek dziecka jest podobno wielkości jego pięści – i tyle też wystarczy mu żeby zaspokoić głód

- zamiast obiadu je słodycze lub pije słodki soczek – po którym obiadu wejdzie ledwo połowa albo… wcale. Ileż razy musiałam upominać dziadków, którzy przed obiadem wręczali Kinder Kanapki…

Podobno dziecko samo sobie reguluje ilość jedzenia i nie zagłodzi się. Trzeba tylko zapewnić mu swobodny dostęp do jedzenia. No ale są sytuacje, kiedy naprawdę mamy za niską wagę, utratę łaknienia, anemię a dziecko siedzi 2 godziny nad talerzem i ani prośbą ani groźbą… Znam ten scenariusz bardzo dobrze – nieraz śniadania trwały u nas godzinami, obiady też. Nie pomagały kolorowe posiłki, pięknie ułożone buźki, no nic dosłownie nie chciał jeść. A waga przy jego wzroście była na dolnej granicy normy… Pamiętam jak po infekcji dziecko potrafiło stracić na wadze nawet 2kg w tydzień. A ja na te jego +2 kg całe wakacje poświęciłam….!!! W akcie desperacji sięgnęłam kilka razy po syropki na apetyt, ba nawet po takie tylko z przepisu lekarza. Śmiało mogę powiedzieć, że efekt był… ZNIKOMY! Próbowaliśmy:

- Bioaron C - na bazie aloesu – lekkie zwiększenie apetytu obserwowane było przy podawaniu przy infekcji – dziecko chętniej jadło śniadanie i… na tym koniec ;) Ale mimo wszystko polecam.

- Apetizer – ten syrop zawiera zioła zwiększające wydzielanie soków żołądkowych – ja nie zauważyłam efektu poprawy apetytu, ale tak sobie myślę, że skoro on przyspiesza metabolizm i trawienie to jak nawet dziecko zje więcej to szybciej strawi – więc na wadze i tak różnicy nie będzie, nie wiem czy mam rację to takie moje przemyślenia…

- Profilaktin apetyt – podobny skład jak Apetizer i mogę napisać dokładnie to samo co wyżej

- Hartuś Apetyt – jak wyżej, nic dodać nic ująć

- Multi Sanostol - to zestaw witamin który zgodnie z informacją na opakowaniu stosuje się też w zwiększeniu łaknienia – nam go jednak nie poprawił no ale chociaż witaminy dostarczył…

Co pomogło?

1) Swobodny wybór tego co dziecko chce zjeść. Warto umieć je przechytrzyć i spytać: „Dzisiaj jesz na śniadanie kanapkę z szynką i ogórkiem czy z serem i rzodkiewką?” Ma wybór co nie? Rządzi. Przynajmniej w jego mniemaniu… ;)

2) Przez okrągłe 2 tygodnie na śniadanie je tylko ser żółty? A czemu nie?  Ludzki organizm jest tak skonstruowany, że najlepiej wie czego potrzebuje – może właśnie wapnia? U nas po 2 tygodniach żółtego sera nastało kilka dni wędliny i potem już takiej monotoni nie było.

3) Nie chce jeść nowych rzeczy? Ustalcie zasadę, że musi chociaż spróbować – tak funkcjonuje w naszym przedszkolu i moje dziecko nagle stwierdziło, że lubi SAŁATĘ!!!!

4) Nie chce jeść określonych potraw – nie zmuszaj do ich jedzenia. Taki przykład – syn nie lubi truskawek. No jak można nie lubić truskawek!!!!???? Ułożyłam na talerzyku super truskawkowego ludzika – nie tknął. Nie chciał spróbować nawet jednego kawałeczka! No ale co – matka się nie poddaje – zmiksowałam te truskawki i zrobiłam polewę na lody. Zjadł! I co? Wysypka wokół ust! Uczulony na truskawki! A niech to….

5) Nie jemy przy włączonym telewizorze – albo jemy albo oglądamy, przy czym chętniej dziecko będzie jadło jak jeść będzie cała rodzina lub w grupie z innymi dziećmi

Teraz syn po przedszkolu zjada w domu zwykle drugi obiad. Nadal potrafi przeciągać śniadanie do godziny, ale nie ma już takiego dramatu jak wcześniej. Waga jest poniżej średniej a wzrost powyżej  – taki jego urok… Cały proces od niejadka, który za nic nie chciał spróbować nowych rzeczy do dziecka które spróbuje i jak zasmakuje to zje trwał 3 lata… Duży pozytywny wpływ miało pójście do przedszkola i jedzenie w grupie. Oczywiście najpierw był dramat bo dziecko nie jadło w tym przedszkolu prawie nic, ale potem stopniowo było coraz lepiej. Nie pozwalamy na słodycze (tylko czasem jako nagroda i zawsze PO jedzeniu a nigdy wieczorem), dziecko pije wodę albo soki owocowe niesłodzone, je większość warzyw i owoców (a były z tym duuuże problemy). Nie podaję mu już żadnych syropów na apetyt bo… to nie ma sensu! Lepiej zadbać o prawidłowy jadłospis.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne inne

 

Jakie witaminy dla dziecka poniżej 3 lat i poniżej 1 roku?

07 mar

Witam!

 

Pisałam już o podawaniu witamin dzieciom – w jakich sytuacjach można i warto je podać tutaj ……

A jak jest z maluszkami poniżej 3 lat? Czy one też potrzebują witamin?

Nie zapominajmy, że obecnie lekarze zalecają podawanie witaminy D dzieciom nawet do 5 lat, szczególnie w okresie o zmniejszonym nasłonecznieniu czyli jesień-zima-wiosna. Jeśli dziecko długo/często chorowało, jest po kuracji antybiotykiem, bądź jest typowym „niejadkiem” może mieć niedobory także innych witamin – w takiej sytuacji można się posłużyć gotowym zestawem witamin.

Zawsze musimy wziąć pod uwagę wiek dziecka – poniżej 3 lat nie możemy podawać żelków, tabletek do ssania raczej też nie. Chodzi tu o to, że małe dziecko mogłoby się nimi zakrztusić (zawartość witamin nie jest zwykle aż taka duża żeby je przedawkować). Dlatego zwykle mniejszym dzieciom podaje się krople lub syrop.

Krople można podać już niemowlakowi poniżej 1 roku życia – najbardziej popularne to Juvit multi, Vibomil, Cebion multi. Vibovit Baby. Zawierają one zwykle 8 witamin (A, D, E, B1, B2, B6, PP, C).

Powyżej 1 roku życia możemy jeszcze podać syrop z witaminami – mają one bogatszy skład niż krople np.:

- Multivitamol 1+ (bardzo dobry skład – 8 witamin + żelazo)

- Multi-Sanostol (8 witamin + wapń)

- Sol baby wzmocnienie (9 witamin + miód)

- VisolVit baby 1+ (9 witamin + żelazo)

Moim faworytem są Multivitamol 1+ oraz VisolVit baby 1+ ze względu na dodatek żelaza (przy czym VisolVit ma go 2x więcej).

Powyżej 2 lat można jeszcze podać stary dobry Vibovit Bobas w saszetkach (10 witamin). Na pewno każdy go pamięta ;)

I na tym ten wybór się kończy bo reszta syropków ma już rejestrację powyżej 3 roku życia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne inne