RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Różne inne’

Bostonka atakuje!

02 sie

Witam!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne inne

 

Lewoskrętna witamina C to ściema!

02 kwi

Witamina C (lewoskrętna oczywiście)

Wiele się ostatnio mówi na temat lewoskrętnej witaminy C. Już mam dosyć pytań pacjentów „a ma Pani lewoskrętną witaminę C?” Bo podobno:

- działa wyłącznie lewoskrętna

- w aptekach jest tylko prawoskrętna (niedziałająca)

- w naturze występuje tylko lewoskrętna w organizmach żywych i taką należy kupić ;)

Postanowiłam zgłębić temat. A wnioski są zaskakujące.

Teraz pora na wysilenie mózgownicy bo będzie istnie chemiczny wykład. Uczyli mnie na studiach o czymś takim jak stereoizomeria. Chodzi o to, że są związki, które mają swoje odbicia lustrzane tzw. izomery. Witamina C jest jednym z nich. Mamy więc kwas L-askorbinowy i kwas D-askorbinowy. Przy czym miano „witaminy”  ma jedynie kwas L-askorbinowy. Na pudełkach większości leków jak i suplementów diety zawierających witaminę C jest napisane, że zawierają one właśnie kwas L-askorbinowy. Ale to wcale nie znaczy, że lewoskrętny ;) O lewoskrętnym mówimy wtedy, kiedy izomer odchyla wiązkę światła spolaryzowanego w lewo, oznaczane jako(-).witC

Ostatecznie każda witamina C to kwas L(+)-askorbinowy. Utrudniając (a ktoś mówił, że będzie łatwo???) – grupa -OH w witaminie C jest chiralnie lewostronna (czyli właśnie to L), światło spolaryzowane witamina C odchyla w prawą stronę (stąd +), a w konfiguracji absolutnej (bezwzględnej) jest jednocześnie prawo- i lewoskrętna (oznaczane jako R,S)!!!!

Wniosek jest jeden – ktoś usiłuje zarobić niezłą kasę na podobno „lewoskrętnej” witaminie C. Równie dobrze mogę teraz napisać, że każda witamina C jest zarówno prawo jak i lewo-skrętna. Nie ma sensu przepłacać.

Ale – zwróciłabym uwagę na coś takiego jak postać syntetyczna i naturalna – oczywiście obie są pod względem chemicznym identyczne (skręcają światło spolaryzowane tak samo itd.). Ale wydaje mi się, że warto wybrać te naturalne np. pozyskiwaną z aceroli a nie syntetyzowaną w laboratorium.

I jeszcze jedna uwaga – jedno z moich pytań egzaminacyjnych z bromatologii (nauka o żywieniu) brzmiało ” co jest największym źródłem witaminy C zimą w Polsce„. Prawidłowa odpowiedź to uwaga - kapusta kiszona ;))) Nie – wcale nie są to cytrusy, zresztą z owoców najwięcej witaminy C zawiera akurat czarna porzeczka. A z warzyw – pietruszka i ziemniaki. Surowe ziemniaki niestety…

Czasem mnie szlag trafia jak przy przeziębieniu proponuję moim pacjentom witaminę C czy Rutinoscorbin, a oni twierdzą, że „nie, ja tabletek nie jadam, wolę z naturalnych źródeł – owoce, warzywa…”. Wszystko świetnie – tylko ile tej witaminy C wrażliwej na światło, temperaturę i utlenianie oraz rozpuszczalnej w wodzie zostaje w gotowanych warzywach (chyba zero)? No chyba, że ktoś zjada surowe ziemniaki i pół kilo natki pietruszki, to spoko…  Albo w pomarańczach transportowanych z Hiszpanii (ciekawe ile leżą w markecie od zerwania z drzewa i czym je tam spryskali… bo najlepsze naturalne, tak?). Pozostaje tylko kapucha kiszona – ale nie kwaszona octem, tylko tradycyjnie… Ech, to ja sobie kupię jednak tą acerolę…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Różne inne

 

Ospa i półpasiec u dziecka – jak pomóc

28 lut

Witam po długiej przerwie!

Sezon zimowy nas nie rozpieszczał, mało tego ciągną się infekcja za infekcją. Ale pociesza mnie fakt, że nie tylko my chorujemy bo grupa przedszkolna przerzedzona prawie o połowę a w żłobku zostały 3 (TRZY) zdrowe dzieci! ;)

Dzisiaj będzie trochę o ospie i półpaścu.

O ile ospę każdy z nas raczej zna o tyle półpasiec wzbudza kontrowersje. Czy dziecko może wogóle zachorować na półpaśca? Chorują podobno tylko dorośli.  Moje jest dowodem, że nie tylko. I tak mała w wieku 4 miesięcy zaraziła się ospą od brata, a teraz w wieku 2 lat przeszła półpaśca.

Najgorsze jest to, że (w przypadku ospy):

- dziecko zaraża już przed pojawieniem się jakichkolwiek zmian i aż do czasu przyschnięcia wszystkich strupków

- ospa jest bardzo zaraźliwa, jeśli ma jedno dziecko drugie raczej na bank się zarazi. Półpasiec mniej, od dziecka z półpaścem można zarazić się ospą jeśli ktoś nie przechodził (ten sam wirus) ale nie samym półpaścem – to pocieszające.

- jeśli ma jedno dziecko drugie będzie chore po ok. 2 tygodniach (okres wylęgania tyle wynosi konkretnie 10-14dni)- czyli uziemieni jesteśmy na miesiąc w domu zwolnieniem lekarskim.

- szczepienie na ospę nie oznacza, że dziecko nie zachoruje – ale przynajmniej będzie przechodziło łagodniej.

Jak rozpoznać ospę – na początku jest tylko kilka grudek, potem robią się z nich wypełnione płynem pęcherzyki, które zasychają jak krater wulkanu, przekształcają się w strupki i odpadają. Przy czym tzw. wysypów może być kilka (zwykle zbiegają się z falami gorączki) co skutkuje w rozwiniętej ospie „obrazem gwiaździstego nieba”. Nie wiem czemu to tak się nazywa bo niebo mi się z tym nie kojarzy, piekło bardziej ;) Chodzi o to, że mamy w jednym czasie nowe pęcherzyki, stare przyschnięte i strupki. Póki dziecko ma choćby jeden pęcherzyk – jest zakaźne i musi pozostać w domu. To też dla jego dobra bo ospa tak bardzo obniża odporność, że może złapać każde przeziębienie i skończyć z powikłaniami. U nas ta odporność po ospie była tak słaba, że przez następne pół roku dzieci były non stop chore, na zmianę mniej więcej co 2 tygodnie. Wszelkie szczepienia należy również w takim wypadku odroczyć (nawet o miesiąc).ospa

W naszym przypadku ospę przyniósł syn z przedszkola. Jego siostrzyczka miała wtedy zaledwie 4 miesiące, była karmiona wyłącznie piersią. Wszyscy (lekarze, położna) mówili, że takie małe dzieci nie chorują na ospę – mają przeciwciała w mleku matki. Zwłaszcza, że ja przechodziłam ospę parę lat wcześniej, więc miały być one „świeże”. No niestety – jednak po 2 tygodniach ospa i ją dopadła. I tu znów myśleliśmy, że skoro te przeciwciała i tak dalej – to przebieg będzie lekki. Wysypana była strasznie, Octeniseptem musiałabym psikać całe ciałko a sama aplikacja zimnego płynu nie przypadła jej do gustu. Stanęło na fiolecie bo PoxClin jeszcze wtedy nie było. Po tygodniu (nadal była w fazie zarażania) nagle skoczyła jej temperatura do prawie 40 stopni. I tu niespodzianka – nikt nie chciał nas przyjąć. Pediatra odesłała do szpitala – bo nie wiedziała co jest, zalecała podać Heviran ale dożylnie -a to tylko w szpitalu. Na oddziale zakaźnym brak oddziału dziecięcego – tu nas nie przyjęli, odesłali na zwykłą pediatrię – tu jak zobaczyli zakaźne jeszcze dziecko to pobadali, pobadali, nic nie znaleźli (nie było to zapalenie opon mózgowych ani zapalenie płuc, ale bali się sepsy przy takiej gorączce), wypisali antybiotyk i do domu. Na szczęście gorączka szybko spadła po antybiotyku.

Na uwagę zasługuje fakt przyjmowania dzieci z ospą w przychodni – w naszej siedzimy na korytarzu z innymi chorymi dziećmi, po nas bez dezynfekcji pomieszczenia wchodzi kolejne dziecko (może tylko na kontrolę)… Kiedy 4 miesięczne niemowlę mi zagorączkowało (i to tak wysoko) prosiłam o wizytę domową – nic z tego (mieszkam 5 min od przychodni). Przyjęto nas „poza kolejnością” ale w tym samym gabinecie co inne dzieci. Teraz już wiadomo, dlaczego pewne zakaźne choroby są nadal tak bardzo rozpowszechnione…

Jak pomóc choremu na ospę dziecku:

1) Obniżać gorączkę, zasłonić okna (silny światłowstręt), nie wychodzić na dwór (aby nie zarażać innych i nie złapać przeziębienia które może łatwo przejść w zapalenie płuc czy opon mózgowo-rdzeniowych – powikłania ospy)

2) Syrop przeciwwirusowy – można podać Neosine lub Groprinosin – im wcześniej tym lepiej – zmniejszą nasilenie ospy czyli ilość krostek, lekarze czasem też wypisują Heviran ale to już na receptę

3) SMAROWANIE

- Unikać wszelkiego rodzaju papek typu Pudroderm czy Puder Płynny – dają ulgę na chwilę, tworzą na skórze skorupę, która zamazuje obraz tych pęcherzyków i może doprowadzić do bakteryjnych ropnych powikłań i zakażeń – odchodzi się od stosowania tego typu specyfików (chociaż lekarze jeszcze je nieraz wypisują)

- Odkażać zmiany można albo Octeniseptem (wygodny spray, nie brudzi, od razu lepiej kupić duży) albo fioletem spirytusowym (Pioctanina)

Przy fiolecie wszystko będzie fioletowe, najlepiej od razu ubrać dziecku ciuchy przeznaczone do wywalenia,  ale wysusza on dosyć dobrze no i wiadomo, które zmiany były „zrobione” a które nie. Fiolet spirytusowy musi być – to na ciało, do jamy ustnej i na błony śluzowe (tak tak okolice intymne też są zajęte jak również buzia) – roztwór wodny.

- Zmiany smarujemy 1-2x dziennie i powtarzamy ten rytuał codziennie. Mi samo smarowanie dwójki zajmowało ok. godziny, mieli mnóstwo pęcherzyków…. MOŻNA SIĘ KĄPAĆ!!! Tylko delikatnie trzeba osuszyć ciałko, żeby nie zdrapać pęcherzyków.

- nowość ostatnich lat – preparat PoxClin CoolMousse – zapewnia natychmiastowy efekt chłodzenia skóry, co znacznie łagodzi swędzenie. Można stosować go zawsze, kiedy konieczne jest zmniejszenie świądu. Jest to pianka, którą należy pozostawić na skórze do wchłonięcia. PoxClin zawiera 2QR – bioaktywny bloker bakterii, który wspomaga naturalny układ odpornościowy skóry dziecka, hamując rozwój chorobotwórczych bakterii. Najlepszą rekomendacją jest fakt, że polecają go rodzice – podobno jest rewelacyjny i nie brudzi. Docenić to można zwłaszcza pod koniec choroby, kiedy nie musimy szorować fioletowego dziecka zanim gdziekolwiek pójdziemy zrywając pęcherzyki i zostawiając niepotrzebnie blizny (a wiadomo jak ludzie patrzą widząc niedomyte fioletowe kropki, a wierzcie mi, że te we włosach nie schodzą tak łatwo).

Półpasiec u dziecka

Podobno na półpaśca chorują tylko dorośli – w wyniku spadku odporności organizmu, jeśli ktoś chorował jako dziecko na ospę może dostać półpaśca. Ale zdarza się to też dzieciom. Moja dwulatka jest właśnie takim przykładem. Co ciekawe o ile wszyscy straszą straszliwym bólem, powikłaniami neurologicznymi i długim leczeniem u nas praktycznie nic z tego nie miało miejsca. Owszem była marudna, pewnie ją to bolało – dlatego. Ale wysypka to było kilka grudek z przodu i kilka dni później z tyłu w okolicy brzuszka (właśnie – to nas zmyliło – wyglądało jak podrażnienie w miejscu, gdzie kończy się pielucha). Podejrzane zaczęło robić się po kilku dniach – kiedy zaczerwieniło się bardziej i zrobiły się pęcherzyki.

Jak wygląda leczenie półpaśca? Tak samo jak ospy. Zmiany można posmarować maścią przeciwwirusową np. Hascovir, Vratizolin, Zovirax (te same co przy opryszczce). Złagodziły one u nas świąd. Ślady po półpaścu mogą zostać na długo, zresztą podobnie jak przy ospie.  Na skórze pozostało nam takie szorstkie przebarwienie, prawie zeszło po jakimś miesiącu smarowania Alantanem. Blizny po ospie już nie mamy – wszystko ładnie się zagoiło, ale wymagało to oczywiście czasu.

Z moich refleksji – czy warto zaszczepić na ospę? Jeśli dziecko ją przejdzie ma odporność do końca życia. Jeśli tylko zaszczepimy – na ok 6 lat, powinno się więc doszczepiać co 6 lat. Najgroźniejsza jest ospa u kobiety w ciąży – należy pamiętać aby zaszczepić dziewczynkę także później w wieku dojrzewania (gimnazjum i ospa nie brzmi najlepiej) oraz koniecznie w tzw. wieku reprodukcyjnym. Na własnym przykładzie powiem, że jako dziecko nie przechodziłam ospy i potem tak się panicznie bałam zarazić, że unikałam dzieci w fioletowe kropki :) Zaraziłam się w pierwszym roku pracy w aptece – miesiąc później zaszłam w ciążę… Więc biorąc pod uwagę stres w ciąży czy dziecko jest zdrowe chyba wolałabym być fioletowa wcześniej…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne inne

 

Jak nie złapać się w pułapkę promocji

12 gru

Witam!

Nie mogę się powstrzymać od skomentowania najnowszej reklamy Marsjanek – świecących żelków na mocne kości. Marsjanki od wielu lat stawiają na reklamę i do dużego pudełka witaminowych tabletek dorzucają jakiś gadżet – a to świecący długopis, a to marsjańską figurkę i nie wiem co tam jeszcze. Tym razem już przesadzili – reklamują je jako „świecące żelki”. Trochę mnie to zaintrygowało no bo czego niby tam dodali, że żelki świecą? Otóż świecą specjalne szczypce, w które wkłada się żelka! Równie dobrze na żelka można poświecić latarką – też będzie świecił!

Kolejnym super produktem jest Rutinoskorbin – żelki. Każdy zna rutinoscorbin – niezastąpiony w przeziębieniu. Wersja dla dzieci w żelkach – brzmi super! Ale niestety – żelki zwierają TYLKO WIT. C! I to w 1 żelku jest tylko 20mg! Tyle co kot napłakał – 4 latek mógłby z powodzeniem zjeść zwykłą tabletkę Rutinoscorbinu zawierającego 100mg Wit.C i rutynę (tylko mało który 4-latek połknie).

Należy też uważać w co jest produkt zapakowany – tu pochwała należy się producentowi żelków Vibovit – wszystkie rodzaje mają przezroczyste okienko, dzięki czemu WIDAĆ CO KUPUJEMY. Podobnie Visolvit żelki. Chodzi mi o to, że często ulegamy pokusie i kupujemy super kolorowe opakowanie Plussz zizzz z księżniczką Zosią czy Samolotami, dziecko podniecone otwiera nieprzezroczysty słoik a tu…. polski-lek-plusssz-zizzz-d11055_1_0174„nie będę tego jadł, mamo!”.

Ostatnio pojawiło się kilka odmian Pelavo. Konkretnie Pelavo Multi 3+ i Pelavo Multi 6+. Przypuśćmy, że mam dzieciaki lat 6 i 3 – czyli powinnam mieć oba syropy, prawda? Otóż okazuje się, że nie różnią składem – ten dla 6-latka jest bardziej skoncentrowany – wystarczy kupić 1 dla dwójki dzieci i temu młodszemu podać odpowiednio mniej! Tak właśnie ostatnio zrobiłam i 1 butelka starczyła na dwójkę (swoją drogą Pelavo ma u mnie plusa za skład i efekt działania).

Tak samo wygląda sprawa popularnego Nurofenu Forte. Nurofen forte od 3 mies. = Nurofen Forte Junior 6+.  Skład identyko!

Teraz najważniejsze – jeśli idziesz do apteki i mówisz „szukam jakiś żelków dla dzieci z witaminami” to jak myślisz – czego możesz się spodziewać? Otóż to zależy niestety od uczciwości i etyki sprzedającego, może być tak:

1) Farmaceuta poleca żelki aktualnie w promocji – ty masz super cenę, on ma tego 2 kartony do wyprzedania, bo żeby ustawić super cenę musiał zrobić super-duże zamówienie

2) Farmaceuta bierze te z najkrótszą datą ważności – zwłaszcza jeśli cena jest super niska to powinno wzbudzić twoją czujność – aczkolwiek jeśli jest na tyle uczciwy, że przyzna – „wie Pani – te trzeba zjeść w ciągu miesiąca, ale cena jest obniżona o połowę i jeśli trzymać się dawkowania 2 żelków dziennie to dziecko zje w ciągu 25 dni” – to właściwie czemu nie? Ja bym skorzystała ;)

3) Farmaceuta proponuje te, które mu najgorzej schodzą – tzw. „zalegacz” – w nadziei, że ty je kupisz ;)

4) Farmaceuta jest jakoś szczególnie nagradzany za odsprzedaż konkretnego produktu (akurat wątpię, żeby były to żelki dla dzieci, ale niektóre OTC tak)

Rada dla ciebie – najlepiej sprecyzuj, że chodzi ci o żelki np. z największą ilością wit.D czy C – tu już trzeba porównać skład i możesz wybrać spośród kilku preparatów. No i omijaj apteki, które nie wiedzą co to etyka…

Tak swoją drogą – jeszcze nikomu nie zaproponowałam sama żelków Rutinoscorbin, mimo że mamy w promocji :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Różne inne

 

Z dzieckiem w szpitalu – znaj swoje prawa!

27 lis

 

Ostatnio mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze jak wygląda pobyt z dzieckiem w szpitalu.

Otóż syn załapał jak się później okazało Rotawirusa. Niby dla 6 latka nie powinno się to wydawać groźne – ale na to nałożyła się poprzednia infekcja (dostawał antybiotyk tydzień wcześniej) – wyjałowiony organizm zareagował biegunką. Po 24 godz. pojechaliśmy do szpitala bo mimo nawadniania (pił dużo i elektrolity też) biegunka nadal trwała (co godzinę do WC), pojawiły się dodatkowo wymioty, gorączka i krew w kale.

Jak wyglądało przyjęcie do szpitala? Dostaliśmy pojedynczą salę „izolatkę” z własną toaletą. Całe szczęście. Przydała się. Mi kazali wypełnić papiery i zanieść gdzieś tam a w tym czasie małemu podłączyli kroplówkę. I tu warto wiedzieć, że rodzic ma prawo być obecnym przy dziecku przy wszelkich procedurach medycznych typu pobieranie krwi, zakładanie wenflonu itp. Zrobili to za moimi plecami – syn był przerażony samym faktem, że jest w szpitalu a co dopiero podłączeniem kroplówki!

Rodzic ma prawo przebywać z dzieckiem przez cały czas – i tu zaproponowano mi krzesełko obok lub rozkładane łóżko polowe za opłatą 25 zł/dobę. W cenę wliczona była pościel. Na szczęście sala była dosyć spora i łóżko się mieściło – ale nie zawsze jest tak dobrze. Bywa, że rodzice rozkładają sobie karimaty i śpiwory pod szpitalnym łóżeczkiem…

W 3 dniu pobytu przyjechałam wieczorem (po całym dniu pracy) na „nockę” z synem. Zmieniłam męża, który był z nim w ciągu dnia, ale zanim on wrócił a ja dojechałam minęły 2 godz. Syn był w tym czasie sam.

I weszłam akurat jak pielęgniarka podłącza mojemu synowi kolejną kroplówkę. „Kolejna kroplówka?” – pytam. „To antybiotyk” – odpowiada pielęgniara. Pytam jaki – ona nie może powiedzieć (!!!). Trochę się wkurzyłam, no bo jak to? Dr nic nie mówił o antybiotyku, zresztą mały jest świeżo po kuracji, po jaką cholerę dają mu antybiotyk???? Ona tylko zlecenie wykonuje, mogę sobie z lekarzem porozmawiać. No to idę się dowiedzieć.

Rodzic ma prawo do dostępu do dokumentacji medycznej, wyników badań i zleconych leków – to żadna łaska ze strony lekarzy, że wam to pokażą. Powinni jeszcze wyjaśnić wyniki.

Ale pani doktor była wyraźnie nie w sosie, że jej przeszkadzam wieczorem, i stwierdziła, że one nie jest lekarzem prowadzącym i że z lekarzem prowadzącym mam rozmawiać dlaczego dziecko dostaje antybiotyk. Wyników też mi nie chciała pokazać. Lekarz prowadzący miał być uwaga za 2 dni – no bo weekend… Lekarz prowadzący ustala sposób leczenia pacjenta i jak się okazuje, żaden inny lekarz nie zadecyduje o niczym bez niego (no chyba, że źle się dzieje i musi ratować życie). Ma to o tyle znaczenie, że jeśli mały miał gorączkę w środę i zlecony paracetamol 3x dziennie to mimo, że gorączka spadła następnego dnia i wg mnie nie było potrzeby podawania dalej nikt nie śmiał tego zmienić – dawali mu paracetamol jeszcze przez 4 kolejne dni!!! Czyż nie jest to irytujące?

Najciekawsze jest na koniec – przychodzi czas, że nasze dziecko jest zdrowe – mogłoby już pójść do domu – ale nie ma lekarza prowadzącego, więc zostaje do jego powrotu jeszcze kilka dni – rozumiecie już moje wkurzenie? Na szczęście pojawił się przypadkiem na dyżurze – wypisał nas do domu i dopiero wtedy okazało się, że ten antybiotyk to był na Salmonellę. Szkoda, że nikt z lekarzy na obchodzie się o tym nie zająknął nawet, że w badaniu oprócz Rotawirusa wyszła Salmonella!!!!!! A pytaliśmy, chcieliśmy wyniki zobaczyć i pokazali nam nawet na odczepnego, ale tego badania tam nie było. Całkiem możliwe, że zaraził się w szpitalu. Zresztą – w czasie jak był sam przez 2 godz. uprzejme panie pielęgniarki chciały go z izolatki przenieść na salę do innych dzieci – tak w ramach wymiany Rotawirusa na zapalenie płuc i wice-wersa… Dla nich to wszystko jedno przecież…

Podsumowując – masz prawo do informacji, masz prawo do bycia z dzieckiem non-stop, masz prawo i niestety musisz je sam wyegzekwować!

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Różne inne

 

Tran z dorsza czy z rekina?

19 paź

Witam!

Już sam tytuł dla przekory zawiera nieścisłość – z rekina otrzymuje się OLEJ, tran zwyklepill-316601_1280 pochodzi z ryb dorszowatych, nawet nie koniecznie z samego dorsza.

Niestety większość ludzi uważa, że tran i olej z rekina to to samo. sugerują to nawet nazwy suplementów z apteki „Tran z rekina grenlandzkiego”. Bzdura, ale jakże chwytliwa.

Tran z dorsza – jego główne składniki to kwasy omega-3 - w dobrych preparatach wyszczególnione jako DHA i EPA

Jak działają omega-3 napisałam już tutaj:  http://farmamama.blogujaca.pl/dlaczego-kwasy-omega-3-sa-takie-wazne/

Olej z rekina zawiera tylko niewielkie ilości kwasów omega-3, tylko 5%, a główne związki czynne tego oleju to: ALKILOGLICEROLE, SKWALEN i SKWALAMINA

Działanie związków czynnych – skwalenu i alkilogliceroli jest potwierdzone badaniami naukowymi. I tak ich zalety to m.in.:
- zwiększają ogólną odporność organizmu i aktywując układ immunologiczny poprzez wytwarzanie przeciwciał, zwiększenie aktywności cytotoksycznej makrofagów, co manifestuje się zwiększeniem aktywności fagocytarnej; – tak czy owak mobilizują układ odpornościowy
- wykazują działanie bakteriostatyczne =  hamują namnażanie bakterii
- przyspieszając gojenie się ran;
- sprzyjając rozmnażaniu się bakterii lactobacillus lactis;
- stymulują czynność szpiku kostnego, co prowadzi do wzrostu liczby krwinek czerwonych, trombocytów i granulocytów;
- zapobiegają obniżaniu się liczby leukocytów zmniejszając uszkodzenie szpiku kostnego i występowanie leukopenii, co zazwyczaj ma miejsce po radioterapii podczas leczenia nowotworów;
- redukują uszkodzenia popromienne organizmu (silne działanie przeciwrodnikowe)
- wykazują działanie antyoksydacyjne,
- biorą udział w syntezie mediatorów komórkowych jak np. czynnik aktywujący trombocyty (PAF) oraz martwicy guzów (TNF) co w praktyce oznacza działanie przeciwnowotworowe
- skwalamina działa jak antybiotyk na różne rodzaje bakterii
- skwalen natomiast antywirusowo a także antyoksydacyjnie, detoksykująco i ochronnie przed wpływem promieni ultrafioletowych.
W wielu badaniach na obszernym materiale klinicznym stwierdzono,że olej z wątroby rekina hamuje rozwój nowotworów, zwiększa przeżycie ludzi z chorobą nowotworową oraz łagodzi skutki radioterapii w nowotworach macicy. Najlepsze efekty lecznicze
uzyskano po zastosowaniu preparatów olejuz wątroby rekina przed,w czasie i po radioterapii.
WARTO PODAWAĆ go także DZIECIOM!
Niestety większość preparatów to kapsułki. Jak wybrać dobry preparat – patrzymy na skład i na zawartość ALKILOGLICEROLI – generalnie im większa tym lepiej, wtedy możemy taki preparat rzadziej łykać. Ja mogę polecić:
Bio Marine 570 – najlepiej przebadany (8badań klinicznych, bardzo obszernie wszystko tutaj – http://www.marinex.com.pl/pliki_artykuly/2012_12_06_27.pdf ) faktycznie udowodnione działanie tego praparatu. I tu olej pochodzi z rekinów tasmańskich – co daje mu unikalne właściwości – inne są proporcje składników czynnych u rekinów tasmańskich a inne u grenlandzkich. Zawartość alkilogliceroli w 1 kaps.: 120mg, skwalenu – 120, do tego omega-3 – 25 mg NIE DO POBICIA! Cena niestety również :(((
Ekomer – zawiera 250mg oleju z czego alkilogliceroli jest w nim 20% – czyli 50mg tylko samych alkilogliceroli – NIE POLECAM, należy łykać 3x 2 kaps. co wychodzi raczej drogo. Nic nie piszą o ilości skwalenu ani witamin D czy A.
Iskial – alkiloglicerole 55mg, skwalen 3,2mg – mizernie! Tu zalecają brać 4 dziennie kapsułki – też nie polecam!
Prewentic Extraalkiloglicerole – 106mg, skwalen – 10mg – trochę mało skwalenu ale za tą cenę? Chociaż nie lubię tej firmy, no ale… Łykamy nadal 4 kapsułki ale zawierają one tyle ile 8 kaps. Iskialu…
Alaskan Maxalkiloglicerole 95mg, wit. A i D, skwalenu brak (pewnie też jest ale brak danych). Zalecają tylko 2 kaps.
Podsumowując – „gorsze” wersje suplementów oleju z rekina nie mają informacji o zawartości skwalenu i zawierają – tu uwaga – dawkę alkilogliceroli np. 100mg ale w 2 kapsułkach (ważne że 100, pacjent tak szybko nie przeliczy…). Co powoduje, że należy ich spożywać od 4 do nawet 6 kaps. dziennie!
Korzystne efekty (zwłaszcza wzmocnienie odporności mam tu na myśli) występuję po spożyciu 30mg oleju na 1 kg masy ciała – to można sobie przyliczyć na masę ciała dziecka.
Aha 0 chciałabym jeszcze przestrzec przed wszelkiego rodzaju żelkami z rekina – mają mnóstwo cukru a znikome ilości substancji działającej…
Jedyny olej z rekina w płynie jaki znam robi „Domowa Apteczka” – nazywają go błędnie „Tran z rekina grenlandzkiego”
I tu miła niespodzianka – w 1 łyżeczce (5ml) zawiera aż 200mg alkilogliceroli! Do tego w składzie jest także sok z czarnego bzu na odporność co niweluje posmak ryby – ma niby malinowy smak. Ma też wit. C, E i A, selen i wit. D (szkoda, że mało). Pacjenci mają sprawdzony smak malinowy i mango-brzoskwinia. Jak skończy nam się tran Moolersa na pewno sięgnę po tą pozycję.
A tymczasem z syneczkiem łykamy kapsułki Alaskanu (znaczy on je gryzie) a mała pije tran ;)
Pozostaje odpowiedzieć na zadane pytanie – co jest lepsze – olej z rekina czy tran z dorsza?
Omega-3 czy alkiloglicerole? Jedne i drugie wzmacniają odporność, omega-3 mają szerokie i wielokierunkowe działanie,  tak samo alkilogliceroleale a skwalen w oleju z rekina też niczego sobie…. Czy jest sens łykać jedno i drugie? Raczej nie – bo można zdublować wit. A, D czy E. Moja odpowiedź to – łykać na przemian – raz z dorsza raz z rekinka ;)
Na razie nie udało się wyprodukować „sztucznie” skwalenu – dlatego pochodzi z rekina, co niektórym mocno przeszkadza bo rekiny są zagrożone wyginięciem. Równie dobrze można by pozyskiwać alkiloglicerole i skwalen z rozgwiazdy czy ośmiornicy – ale pytanie ile rozgwiazd należy zabić, żeby otrzymać tyle oleju ile z wątroby rekina? A czy one też nie są zagrożone przypadkiem??? Pozostaje mieć tylko nadzieję, że olej pochodzi z gatunków specjalnie hodowanych i nie tych zagrożonych.
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Różne inne

 

Maluch jedzie za granicę – co zabrać

18 sie

Witam!

Tym razem napiszę co trzeba zabrać jeśli wybieramy się z dzieckiem za granicę i to w tzw. KRAJE GORĄCE typu Egipt, Grecja, Turcja…

Podróż z dzieckiem to niemałe wyzwanie, aczkolwiek ludzie bardzo pozytywnie reagują na rodziny z małymi dziećmi. Mówię o ludziach za granicą – ci są bardzo życzliwi i pomocni, w odróżnieniu niestety od naszych krajanów. Ci drudzy jak widzą niemowlę na takiej zagranicznej wycieczce rzucają komentarz typu „o matko, z takim małym dzieckiem to powinna w domu siedzieć”, albo „i po co oni tu przyjechali, tylko się te dzieci umęczą”, „ty zobacz – ona dziecko piersią karmi!”. To z moich własnych obserwacji – potem ludzie ci byli zaskoczeni jak super dzieci zniosły podróż autokarem (oboje zasnęli) i całodzienne zwiedzanie… Wiele osób myśli, że z takimi małymi dziećmi to nic nie można zwiedzić ani zobaczyć a to wcale nie prawda. Byliśmy z synem w wieku 18mies. i potem drugi raz z córka w wieku 9 miesięcy (syn miał 5 lat) i w obu przypadkach sporo zwiedziliśmy i pobyt nie ograniczał się tylko do taplania w wodzie.

Co zabrać, żeby ułatwić sobie życie?IMG_20140923_135536

Najgorszą rzeczą jest fakt że mały pasażer samolotu nie ma często opcji bagażu własnego (dużej walizki) a tylko bagaż podręczny, więc musimy zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

APTECZKA:

1) Leki przeciwgorączkowe – na bazie ibuprofenu lub paracetamolu w syropie/czopku/kroplach Ja zabieram 1 syrop (Ibufen forte) dla starszaka i malucha i 2 na bazie Paracetamolu

2) Na biegunkę

- probiotyki najlepiej brać już na tydzień – dwa przed wyjazdem – to pomoże skolonizować przewód pokarmowy dobrymi bakteriami i uniknąć biegunki czyli tzw. „zemsty faraona”. Oczywiście bierzemy je przez cały pobyt profilaktycznie. Do tego warto mieć więcej smecty i jakieś elektrolity np. Orsalit w razie czego. No i pijemy tylko butelkowaną wodę, uważać trzeba na wodę do kolacji – jeśli jest podana w szklanej karafce może być z kranu. Niektórzy radzą nawet płukać zęby wodą butelkowaną…

- saszetki Smecty lub Tasectan lub Orsalit Plus Smektyn – kilka sztuk, do tego probiotyk – jeśli będzie w kapsułkach – może wziąć w razie czego cała rodzina. I koniecznie taki, którego nie trzeba trzymać w lodówce

3) Krem z wysokim filtrem (50+) i coś na oparzenia słoneczne - Panthenol w sprayu lub Alantan/Bepanthen w maści, dodatkowo balsam po opalaniu chłodzący też się przyda

4) plastry, plasterki, plastereczki na ałka – najlepiej różne rozmiary. Do odkażania zamiast wody utlenionej lepiej sprawdzą się chusteczki odkażające Leko

5) Tantum Verde do psikania na ból gardła i/lub coś do ssania np. Cholinex junior, Junior-angin, Fiorda etc.

6)  żel antybakteryjny do rąk – można odkazić nim ręce np. przed jedzeniem czy po skorzystaniu z toalety

7) jeśli dziecko korzysta z toalety a wybieramy się na wycieczkę poza hotel – podkładki toaletowe. Toalety bywają naprawdę w tragicznym stanie sanitarnym (czasem lepiej załatwić potrzeby na łonie natury ;)) Do dziś wspominam pewną egipską toaletę brrr albo grecką toaletę tzw. turecką (dziura w podłodze + prysznic do spłukiwania). Są też i cywilizowane miejsca ale różnie można trafić.

8) dla mniejszego dziecka odciągacz kataru i krople na katar np. Nasivin – dzieci często łapią katar i wogóle przeziębienie od klimatyzacji a w tych krajach jest ona niezbędna. Ja mam do dziś grecki aspirator ;) Nie pytajcie ile przepłaciłam…

 9) ponieważ wybieramy się za granicę warto wziąć jeszcze coś przeciwkaszlowego np. krople Sinecod, oraz Flegaminę w kroplach wykrztuśnie. Te co wymieniłam w kroplach to małe buteleczki – nie zajmą dużo miejsca, choć równie dobrze można zabrać syropy w butelce jeśli miejsca macie więcej.

INNE RZECZY

PIELUCHY – tu zdania są podzielone czy je brać czy nie. Zabierają najwięcej miejsca w bagażu. Na pewno za granicą można je dostać – firma Pampers jest praktycznie wszędzie. Ale wiadomo – ceny są w euro odpowiednio wyższe10717431_1729328297291749_747062809_n i z tym trzeba się liczyć.

MLEKO MODYFIKOWANE – za granicą też jest ale ma inne opakowania i inaczej się nazywa. 10711484_1729328257291753_543750767_nPoznać można tylko po firmie np. Nestle.  To na zdjęciu o nazwie Almiron to grecki odpowiednik naszego Bebilonu. Ja nie ryzykowałabym opcji, że jednak mojego konkretnego mleka nie będzie akurat za granicą i brałabym z domu.

KASZKI MLECZNE – zdecydowanie bierzemy, za granicą np. Francja, Grecja wogóle czegoś takiego nie jedzą

SŁOICZKI – są oczywiście, że są ;) Tylko nie wiem czy wiecie, ale w każdym kraju są inne smaki!!! U nas króluje „rosołek z cielęciną” albo „zupka wielowarzywna z czymś tam” a w Grecji była do wyboru tylko jagnięcina z warzywami, jagnięcina z pomidorami, jagnięcina z czymś tam jeszcze, jeden jedyny jakiś drobiowy, a z owocowych to melony z limonkami, winogrona. We Francji też były zupełnie inne smaki np. z kabaczkiem. Zamiast owocowych ciężkich słoiczków polecam zabrać ze sobą owocowe musy w tubkach – rewelacyjnie się sprawdzają w podróży!

NA LOTNISKU – z dzieckiem przysługuje nam pierwszeństwo w odprawie bagażowej – trzeba się o to upomnieć żeby nie stać z marudzącym dzieckiem w kolejce do odprawy. Za granicą również i też należy z tego skorzystać. Poza tym małemu dziecku (zdaje się do 2 lat czyli jeśli leci na kolanach rodzica) można zabrać jedzenie i picie do samolotu  – może się zdarzyć, że podczas kontroli każą nam tego spróbować więc musi to być coś zakręcane.

Generalnie podróż z dzieckiem jest do ogarnięcia – najwięcej problemu sprawiło mi spakowanie całej tej dodatkowej ilości rzeczy oprócz ciuchów. Bo okazuje się, że trzeba było zabrać m.in. : plastikowe łyżeczki, ulubiony kubeczek i miseczkę do kaszki, misia do spania, śliniaki, chusteczki nawilżane, jakieś zabawki małe i książeczki, coś do pływania w morzu – strój kąpielowy i rękawki i mnóstwo innych drobiazgów. Ale daliśmy radę i pobyt był udany ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne inne

 

Wakacyjna apteczka malucha

24 lip

Witam!

Jestem już po urlopie i jak zwykle sporym wyzwaniem było spakowanie apteczki na wyjazd. Co roku zabieram mnóstwo leków ale nie dajmy się zwariować, miejsce jest w torbach ograniczone, teraz napiszę co jest absolutnie niezbędne. Z doświadczenia wiem, że i tak jak zdarzy się choroba to nie przewidzi się wszystkiego. W tym roku oboje dzieci miało gorączkę sięgającą 39 stopni w trakcie wyjazdu i do apteki i tak trzeba było podejść. Przepłaciłam ponad 20zł więc… Co należy koniecznie zabrać:

1) Leki przeciwgorączkowe – na bazie ibuprofenu i paracetamolu w syropie/czopku/kroplach Ja zabieram 1 syrop (Ibufen forte) dla starszaka i malucha i 2 syrop Paracetamol. Dlaczego dwa a nie jeden – właśnie się o tym przekonałam, że drugi okazał się jednak niezbędny. Przy wysokiej gorączce Ibuprofen zbije nam temperaturę na ok 4-5 godzin, wtedy należy podać Paracetamol.

Szerzej o tym tutaj : http://farmamama.blogujaca.pl/jak-przeliczyc-dawkowanie-lekow-dla-dzieci/

2) Na biegunkę – saszetki Smecty lub Tasectan lub Orsalit Plus Smektyn – kilka sztuk, do tego warto mieć jakiś probiotyk – jeśli będzie w kapsułkach – może wziąść w razie czego cała rodzina. I koniecznie taki, którego nie trzeba trzymać w lodówce

3) Krem z wysokim filtrem (50+) i coś na oparzenia słonecznePanthenol w sprayu lub Alantan/Bepanthen w maści. To właśnie za Panthenol mąż zapłacił 20zł więcej niż w mojej aptece! Skandal!

4) plastry, plasterki, plastereczki na ałka – najlepiej różne rozmiary. Do odkażania zamiast wody utlenionej lepiej sprawdzą się chusteczki odkażające Leko

5) Tantum Verde do psikania na ból gardła i/lub coś do ssania w razie zbyt dużej ilości lodów ;)

Dodatkowe rzeczy które mogą się przydać w zależności od tego gdzie się wybieramy OPRÓCZ tego co wyżej:

GÓRY:

- opaski elastyczne – w razie przeciążenia stawów u małego podróżnika można lekko usztywnić np. kolano czy kostkę

- Altacet w żelu - na ewentualne skręcenia.

- Świetnie sprawdziła nam się maść chłodząca „Maść Końska” na bazie 25 różnych ziół – super sprawa na zmęczone chodzeniem nogi, zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci.

- spray na komary/kleszcze lub opaski zapachowe na rękę – jeśli spodziewamy się że będzie tego dużo latało warto wziąść ze sobą elektryczne urządzenie odstraszające podłączane do kontaktu – ułatwi nam to wieczorne życie i zasypianie ;)

- Fenistil żel na ukąszenia komarów

- nie zapominamy o kremie z filtrem i Panthenolu- w górach słońce pali mocno a nie czuć tego bo zwykle jest chłodniej. I koniecznie coś na głowę dla dziecka!

MORZE:

- koniecznie wysoki filtr 50+ i pamiętajmy, że małego dziecka nie wolno opalać na słońcu! O specjalnych koszulkach z filtrem UV pisałam w poprzednim wpisie – tu sprawdzą się idealnie!

http://farmamama.blogujaca.pl/bezpieczne-przebywanie-dzieci-na-sloncu-czy-krem-z-filtrem-wystarczy/

- Panthenol na ewentualne oparzenia

O dziwo tu lista jakby krótsza, chyba że o czymś zapomniałam?

Pozostaje tylko się spakować i w drogę!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Różne inne

 

Bezpieczne przebywanie dzieci na słońcu – czy krem z filtrem wystarczy?

04 lip

Witam!

Tym razem o kremach z filtrem dla dzieci. Lato pełną parą, więc temat jak najbardziej aktualny.

Na początek o opalaniu wogóle. Przychodzi mama do apteki – „Coś do opalania dla dziecka poproszę” A w jakim wieku dziecko – pytam? „2 miesiące” – pada odpowiedź.

Po pierwsze – NIE OPALAMY DZIECI do 3 LAT!!!!!!!!!!!!!!!!!

Dziecko do 3 lat posiada jeszcze nie w pełni wykształconą barierę skórną – skóra dziecka jest 3 razy cieńsza niż dorosłego – jeśli my przez 30 min. na słońcu się nie opalimy to dziecko półtoraroczne bawiące się na słoneczku w piaskownicy może wrócić z poparzeniem słonecznym. Większość kremów z filtrem dla dzieci jest zarejestrowana po 6 miesiącu właśnie z tego powodu, że mniejszych dzieci nie należy wogóle wystawiać na słońce! Niewiele kremów posiada na opakowaniu informację, że mogą być stosowane od pierwszego dnia życia – ale oznacza to tylko tyle, że dziecku można posmarować buzię i nóżki. Przy czym schować je w cieniu.

Tutaj zapodam doskonałe patenty, sprawdzone na moich dzieciach, nie tylko nad polskim morzem ale i tam gdzie słońce praży przez cały rok. Dzięki temu mogą przebywać na słońcu nad wodą bez poparzeń słonecznych. Oczywiście „przebywanie nad wodą” to dla mnie godzinka/dwie/trzy zabawy nad brzegiem morza/jeziora a nie wylegiwanie się na plaży podczas gdy półnagie dzieci baraszkują cały dzień w pełnym słońcu!

1) Smarujemy odkryte części kremem z filtrem 50+, po kąpieli w morzu/jeziorze od razu po wytarciu nakładamy kolejną porcję. Nie zapominamy o uszach i stopach!

2) czapka z daszkiem i ochroną karku lub kapelusik z szerokiem rondem i ZAKAZ ŚCIĄGANIA tegoż kapelusika – jak gorąco można go zmoczyć wodą. Tutaj chodzi mi nie tylko o ochronę karku ale też OCZU – najlepiej do tego dołączyć jeszckoszulka UV100ze okularki z filtrem i ochrona USZU – jeśli wystają – podlegają obowiązkowi smarowania kremem 50+

3) najlepszym wynalazkiem jest koszulka z filtrem – stosuję u obojga od wczesnego niemowlęctwa – ogranicza to ilość smarowanego ciała, dzieci mogą w niej się kąpać i błyskawicznie wysycha! Ja mam z Decathlona, nazywa się to „koszulka UV 100 Tribord” – w maju w przecenie kosztuje ok 10zł! Zatrzymuje co najmniej 95% promieniowania UV, chroni nawet mokra.

4) w godzinach 11-17 schodzimy bezwarunkowo ze słońca w cień. W praktyce wychodzimy zaraz po śniadaniu czyli ok 9 i jesteśmy na plaży do 11-12. Drugi raz wychodzimy po drzemce najmłodszej lub w południe idziemy na spacer (mała śpi w wózku) gdzieś w cieniu.

Sprawdza to się doskonale – dzieci NIGDY nie miały poparzenia słonecznego.

A teraz trochę o kremach z filtrem.

Te dla najmniejszych dzieci do 6 miesiąca mają zazwyczaj TYLKO FILTRY MINERALNE. Jest to najczęściej dwutlenek tytanu lub tlenek cynku. Ten sam tlenek cynku co w kremach na odparzenia. Jego działanie polega na odbijaniu promieniu UV. Stąd kremy te, a nawet mleczka są bardzo gęste i trudno je nałożyć, mało tego – zostawiają białą warstwę. I na tym polega ta ochrona np. Dermedic Sunbrella krem, Mustela spray SPF 50 – stosowanie od pierwszego dnia życia. Ciekawy jest Linomag krem SPF 30 (od pierwszych dni życia ale zbyt niski filtr + parabeny do konserwacji zawartej w nim wit.E).

Czasem producent dodaje także filtry organiczne – wtedy stosowanie kremu jest zwykle powyżej 6 miesiąca. Filtry organiczne pochłaniają promieniowanie UV ich dodatek pozwala obniżyć ilość tych mineralnych a wtedy też łatwiej takie mleczko nałożyć. No właśnie – jeśli mamy do czynienia z mleczkiem to najpewniej stosowanie jest powyżej 6 miesiąca. Tutaj mamy większy wybór np. Iwostin Solecrin50+, Pharmaceris S SPF50, Ziajka, La Roche itp. itd. Są do wyboru kremy, mleczka spraye.

Nie wiem na ile wygodniej ma niby być z produktem w sprayu – po popsikaniu dziecka i tak trzeba to rozprowadzić na skórze więc to dla mnie bez sensu. Odporność na wodę, piach i pot to też niezły chwyt marketingowy. Co z tego, że kosmetyk jest wodoodporny jak po wyjściu z wody wycieramy dziecko ręcznikiem i cały krem i tak schodzi. Bezwzględnie trzeba powtórzyć aplikację.

A no i jeszcze kwestia wysokości ochrony przeciwsłonecznej – jaki filtr wybrać – SPF 15, SPF 30 czy SPF 50? Dla dziecka SPF 50.

W aptece najbardziej wkurza mnie fakt że jak proponuję filtr 50+ dla dorosłej osoby klientka mówi „przecież z takim wysokim filtrem to ja się wogóle nie opalę!” NIC PODOBNEGO! Oczywiście że się opali – ale BEZPIECZNIE i bez zaróżowionej skóry. Nie wiem czy świadomość ludzi jest aż taka niska czy to jeszcze jakieś stare przyzwyczajenia, ale nadal synonimem udanych wakacji jest czekoladowa opalenizna. A jeśli ktoś opali się na czerwono/różowo to oznacza to nic innego tylko uszkodzenie skóry właściwej – opalenizna taka zejdzie wraz z procesem odnowy skóry (czyli po max 28 dniach się złuszczy). Jak słyszę o olejkach do opalania, maśle kakaowym czy opalaniu się na parafinę to mnie ciarki przechodzą – toż to żadnej ochrony nie ma a wręcz nasila przenikanie promieni UV i uszkadza skórę. Może to ja jestem przewrażliwiona przy mojej jasnej karnacji i stadzie pieprzyków ale od kilku lat stosuję kremy TYLKO SPF 50+ i po tygodniu słońca też jestem opalona. Ale bez uszkodzeń skóry ;)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Różne inne

 

Żłobkowy zawrót głowy

02 cze

Postanowione

Tym razem nie będzie farmaceutycznie, tylko zwyczajnie. Po prostu – samo życie.

Przychodzi taki czas, kiedy po urlopie macierzyńskim trzeba wrócić do pracy. Dla jasności ja już dawno wróciłam. Do tej pory miałam nianię – to osobny temat do dyskusji co lepsze niania czy żłobek, najpierw postawiliśmy na nianię.

Teraz stanęliśmy nad wyborem żłobka. I to co oczy moje widziały napisać muszę. No muszę po prostu bo nie dowierzam oczom własnym, nie dowierzam!

Najlepiej plasuje się tu jakikolwiek państwowy żłobek – w moim mieście AŻ 4 takie żłobki – najtańszy i w sumie najlepszy (opieka podobno dobra) – nie składałam podania (mieliśmy nianię przecież, wszystko było cud-miód po co nam żłobek). I to był błąd. Trzeba było złożyć. Teraz to już nic nie mogę zrobić bo podań w środku roku nie przyjmują. To nic, że jako mężatka niepracująca w szkole nie mam szans. Wiecie ile teraz jest samotnych matek? A dzieci nauczycieli??? A no i jeszcze rodziny 3+ też mają pierwszeństwo. „A nie ma Pani 3 dziecka? A to szkoda…” Pani mnie jeszcze spytała czy nie mam przypadkiem grupy inwalidzkiej „albo chociaż orzeczenia o niepełnosprawności, bo wtedy to łatwiej by było… ” Pewnie bym była 65 na liście rezerwowej. No ale bym była, nigdy nie wiadomo, kiedy miejsce nagle się zwolni…

No to szukamy wśród tych prywatnych, z dofinansowaniem z miasta.

Żłobek nr 1

Lokalizacja niezła, sale spore, wokoło drzewa, plac zabaw. Catering dobry, cenowo do przełknięcia. Decydujemy się. Ale ale – umowa do podpisu zawiera takie punkty, że oczy nam na wierzch wychodzą! Za pozostawienie dziecka na dodatkową godzinę bez wcześniejszego zgłoszenia – 40zł!!! Przykład – mam odebrać dziecko planowo do 15, ale mam spotkanie/kontrolę/stoję w korku itp. nie mam możliwości zadzwonić – płacę 40zł za każdą następną godzinę.

Idźmy dalej – za odebranie dziecka bez odbicie karty magnetycznej (na wejście i wyjście) – 40zł za każdą dodatkową godzinę. Przykład nr 2 – coś mi wypadło, nie dam rady dziecka odebrać, odbierze za to babcia. Babcia nie ma karty (no bo mam ją ja w pracy na drugim końcu miasta i mąż). I mimo, że dziecko będzie odebrane o 15 to płacę za to tak, jakby tam siedziało do 18 czyli 40zł za każdą godzinę. Wychodzi ładna sumka 120zł! O co tu chodzi???? A no o to, że żłobek posiada 3 różne wersje godzinowego pobytu dziecka w żłobku. Bierzesz tańszą – dopłacasz za te godziny, spóźnienia – więc zmieniasz na droższą, żeby nie lecieć z językiem na brodzie. Kasa, kasa się liczy. Szkoda że to wszystko dopiero w umowie wyszło bo miła Pani Dyrektor słowem się nie zająknęła że tak to funkcjonuje, nawet o karcie nie wspomniała…

Żłobek nr 2

Konkurencyjny cenowo bo za 9 godzin wychodzi kwota taka jak w poprzednim za 6. Sale takie sobie, śmierdzi pieluchami, widać jakiś plac zabaw za oknami. Na stronie internetowej czytamy, że do 18 czynne. Dla mnie super, bo wreszcie zdążę dojechać z pracy. Na miejscu okazuje się, że do 17. „Ale wie Pani – większość rodziców tak do 16 odbiera dzieci… ” Czyli jednak nie dojadę…  Pani zapomina też nam powiedzieć, że dzieci nie wychodzą na dwór. Spotykamy znajomego – nie uwierzyłam jak to powiedział. Podobno są za małe (2 latki za małe? Do czego za małe? Chodzić nie umieją???). Ale faktycznie opinie rodziców na internecie potwierdzają fakt – dzieciaki z najmłodszej grupy nie wychodzą na dwór! No i jeszcze catering – nazwa firmy cateringowej Jazzgot cafe-rastaurant-pub nie sugeruje dziecięcego jedzenia.

Żłobek nr 3

Czesne 200zł wyższe niż w poprzednich. Że niby metoda Montessori. Opłata za wyżywienie stała – nie zwracają jej nawet jak dziecko jest nieobecne np. przez tydzień. Ciekawe co się z tą kasą dzieje bo inne żłobki mają ten sam catering i jakoś mogą zwrócić pieniądze po wcześniejszym zgłoszeniu, że dziecka nie będzie. Może Pani dyrektor zjada właśnie obiadek Twojego dziecka??? Oliwy do ognia dolewa widok 15 dzieci stłoczonych w sali 4×5 metrów. W tej sali też jedno obok drugiego (przerwa dosłownie 10cm) łóżeczka i w tej samej sali wydzielona jeszcze część do jedzenia. Generalnie dzieci się tam kłębią na dywanie i to w samych bodziakach (okna otwarte na oścież). Komentarz Pani – „bo wie Pani – one już teraz czekają na odbiór przez rodziców”. Aha. Z gołymi nóżkami i bodziakiem z krótkim rękawkiem! Bomba! Jutro pewnie będzie połowa grupy bo reszta zachoruje… Nie wiem czy mam jeszcze wspominać że dzieci te także nie wychodzą na dwór – tylko starszaki, maluchy są bowiem na piętrze i jak zapewnia Pani Dyr. – „są wyprowadzane w wózkach bliźniaczych po 2 dzieci na raz”. Mieszkam obok i odkąd ten żłobek istnieje żadnego wózka bliźniaczego nie widziałam w okolicy! Ściema jakich mało!

Żłobek nr 4

Domek jednorodzinny, z sali zabaw wyjście na ogród z placem zabaw, widać zabawki dostosowane wiekowo. Mała grupa max. 15 dzieci i 2 panie – ot i cały żłobek! Catering z przedszkola. Czynne do 17 – zdążę dojechać, choć mała pewnie będzie sama na sali, standardowo.  Jedyny minus – BRAK MIEJSC! Od listopada jestem nadal na liście rezerwowej…

No i którą bramkę wybrać – nr 1,2 czy 3?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Różne inne